Jedno opowiadanie ... -
- Daisy White
,, Leave ''
Doskonale pamiętam ten dzień, który na tak długo utkwił mi w głowie. Mała, niewinna dziewczynka siedząca niedaleko domu, na dużym polu. Zrywała kwiaty i składała z nich wianek dla mamy. Mieszkała w zacisznym miejscu, na końcu miasta. Dom, w którym mieszkała był jedyny w tamtym miejscu. Nigdy nie miała do czynienia ze swoimi rówieśnikami. Jej matka uważała, że oni ją wyniszczą, a ta stoczy się na dno. Długowłosa, siedmioletnia dziewczynka o mlecznej cerze nigdy w to nie wnikała. Była uczona, że to co mówi mama jest świętą racją. Daisy - tak brzmiało jej imię.
Mieszkała dokładnie z tylko jedną osobą, mamą Clarą. Clara robiła coś w kuchni, jednak starała się nie odwracać wzroku od okna, przez które doskonale widziała mnie, Daisy. Skupiona na przeplataniu stokrotek nie obserwowałam tego co dzieje się wokół. Miałam się podnieść, jednak przede mną stanął pewien mężczyzna, którego nigdy nie widziałam. Przestraszyłam się, a w skutek tego upadłam na ziemię i zniszczyłam swój cudowny wianek. Przeraziłam się tym, że zobaczyłam mężczyznę. Jedyną twarz jaką w życiu spotkałam to była moja mama, nigdy nikogo innego nie przejrzałam na oczy. Facet uśmiechnął się tajemniczo i uklęknął obok mnie. Patrzyłam na niego z lękiem w oczach, które w słońcu przybierały kolor bursztynowy.
- Nie musisz się mnie bać, jestem Stephan. - Uścisnął lekko moją dłoń.
Obróciłam głowę w stronę okna, w którym stała mama wykrzykująca moje imię.
Stephan spojrzał na mamę i powiedział do mnie grobowym głosem
- Widzę, że mamusia jest w domu. Posiedź tu sobie, a ja pójdę się z nią przywitać. -.
Rozchyliłam lekko zdrętwiałe wargi, próbując coś powiedzieć. Nieznajomy mężczyzna ruszył w kierunku naszego domu. Siedziałam na ziemi jak sparaliżowana. Nie umiałam nic zrobić, nic powiedzieć. Jednak po paru minutach się otrząsnęłam i skierowałam wzrok ku oknie, w którym chwilę temu stała mama. W oknie nie było już nikogo, a człowiek, którego nie znałam, po prostu zniknął. Popędziłam w kierunku domu ze zniszczonym wiankiem w ręku, który bardziej wtedy przypominał bukiet. Wołałam mamę tak głośno na tyle ile umiałam. W domu jednak panowała głucha cisza. Wtedy wołałam przez łzy jeszcze głośniej i głośniej, aż w końcu w progu kuchni ujrzałam ciało nieprzytomnej Clary. Bukiet kwiatów upadł na podłogę, a mi płacz zastąpił przeraźliwy krzyk i wołanie mamy. Padłam zdruzgotana na kolana, próbując wybudzić mamę z niekończącego się snu.
Ta jednak ani drgnęła. Cała trzęsłam, serce zaczęło mi łomotać. Usłyszałam skrzypienie podłogi koło frontowych drzwi. Jedyne co mi przychodziło w tamtej chwili na myśl, to to, że Stephan wrócił, aby pozbawić życia i mnie. Zapłakana, blada i załamana w białej sukience stanęłam w progu kuchni. Kolejny obcy człowiek, którego nigdy nie poznałam, stanął przede mną. Patrzyłam na niego oddając mu się w duchu i padając przed nim na kolana. Facet złapał się za głowę, próbując mnie podnieść z podłogi. Gdy stanęłam na równych nogach, mężczyzna wyjawił mi, iż jest moim ojcem i, że nie muszę się go obawiać. Gdy wypowiedział te słowa grunt załamał mi się pod nogami. Czy to jakiś spisek? Te same słowa, kolejna obca twarz. Nie miałam siły ociekać, krzyczeć, bronić się. Po prostu straciłam przytomność, a gdy otworzyłam oczy wszystko było inne. Leżałam w obcym łóżku, przykryta po czubek nosa jasno - brązowym kocem. Na krześle obok łóżka siedział zmartwiony mężczyzna, którego widziałam tuż przed omdleniem. Właśnie trzymał mnie za dłoń. W tym samym pomieszczeniu siedziała na parapecie długowłosa blondynka, która była mniej więcej w wieku mamy, może niewiele młodsza. Facet bacznie mi się przyglądał podbitym wzrokiem, jednak kobieta wlepiała wzrok w okno. Na półkach były moje zdjęcia. Zarówno sprzed laty, jak i te z niedawna. Nabrałam głęboki oddech i niepewnie otworzyłam oczy. Mężczyzna wyszeptał moje imię, a w jego oku zawitała łza.
- K-kim jesteś ? - Skarciłam go wyplątując dłoń z jego uścisku.
- Daise ja jestem... Ja jestem twoim ojcem... - powiedział grobowym głosem.
Uchyliłam usta ze zdziwienia i jednocześnie wytrzeszczyłam oczy.
OSIEM LAT PÓŹNIEJ
Stał wpatrzony w lustro z widocznym zażenowaniem w oczach.
- Tato ? ... - Pomachałam mu dłonią przed oczami.
- Jestem, przecież - Odparł grobowym głosem.
- Znowu wyjeżdżasz, tak? - Zmarszczyłam brwi.
Ojciec jednak kiwnął tylko głową nic nie mówiąc.
- Mam zostać sama ? Znowu ? - Wykrzyczałam.
Nagle podbiegła do nas blondynka wymachując rękami. Byłam jednak zbyt dobita, żeby usłyszeć jej krzyki i obelgi. Po chwili zrozumiałam, że jestem już sama w domu. Wysłałam wiadomość do taty
,,Nienawidzę was''. Do mamy nigdy bym tak nie powiedziała, jednak dziewczynka, która żyła we mnie osiem lat temu gdzieś zniknęła w tych problemach i rozczarowaniach. Dobrze wiedziałam co robię źle. Widziałam jak się staczam i wyniszczam do zera. Zaczęłam pić, zażywać narkotyki, palić, nawet zaczęłam się samookaleczać. Jednak, gdyby ktoś ocenił mnie po okładce, pomyślałby, że jestem porządną, miłą piętnastoletnią dziewczyną. Zawsze byłam schludnie ubrana, w najnowsze ciuchy, bo ojciec martwił się, że ktoś pomyśli, że jesteśmy z ubogiej rodziny, a przecież on musiał mieć idealną reputację w mieście. Jednak tłumiłam w głębi duszy nienawiść i odrazę. Nienawidziłam się za to kim jestem i za to co robię. Gdy spojrzałam na siebie w lustrze, od rzazu wszystko co złe i to, czego tak bardzo nienawidziłam do mnie wracało. Właściwie, to cieszę się, że ludzie oceniają po okładce.
Minął miesiąc odkąd tata wyjechał z narzeczoną. Gdy weszłam do domu spodziewałam się krzyków i awantur, jak zawsze. Jednak oni nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Po prostu przechodzili obojętnie, jakby mijali się z powietrzem. Spojrzałam na ojca z tłumiącą się w środku nienawiścią w oczach, jednak on tylko na mnie zerknął i poszedł w swoją stronę. W moich oczach zawitały łzy, które natychmiast otarłam. Może dlatego, że przez to co przeszłam nie okazuję już żadnych uczuć, żeby nikt nie dostrzegł moich słabych punktów. Rzuciłam torbę w kąt i wybiegłam z domu zrozpaczona. Była mniej więcej północ. Biegłam przez miasto, w którym zawsze popełniałam błędy. Kiedy biegłam serce zaczęło mi łomotać, jak wtedy gdy zobaczyłam moją mamę nieżywą. Tyle, że to teraz ja chciałam umrzeć. Z daleka zobaczyłam swoich znajomych, którzy robili to co ja - pili, zażywali narkotyki i palili.
- Daisyy! - Krzyczał z daleka mój kolega z browarem w ręku.
Gdy się bardziej zbliżali, coraz niżej opuszczałam głowę, żeby nie widzieli w jakim jestem stanie. Przed nimi byłam inną osobą, taką osobą jaką być nie chciałam. Wszyscy oni byli rozpieszczonymi bachorami, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego bólu. Gdybym opowiedziała im swoją historię możliwe, że by się śmiali, albo obrócili się przeciwko mnie.
- Daisyy, no czeeść ! - Pociągnęła mnie za rękę jedna z ''koleżanek''. Wyplątałam gwałtownie rękę i wymusiłam nieszczery uśmiech. Jeden z chłopaków popatrzył na mnie, jakby chciał mnie zabić.
- Co jest ? - Zbliżył się podnosząc moją twarz ku górze.
- Sorry, nie dzisiaj. - Odwróciłam wzrok i z powrotem opuściłam twarz.
Jedna z dziewczyn spojrzała na drugą i zasugerowała, żeby dalej szli sami. Chyba wiedziała co się może stać. Chłopak wypuścił moją twarz, ale jednak wcisnął mi na siłę swoje piwo. Zachowałam je i poszłam z nim do domu, robiąc dobrą minę do złej gry. Szłam ciemnymi zaułkami, próbując obudzić w sobie tak zwaną adrenalinę. Usłyszałam za sobą krzyki dwóch wyraźnie pijanych facetów. Gdy tylko mnie zauważyli zaczęli iść w moim kierunku potykając się na każdym kroku. Wywołali u mnie lęk, który zawsze mi towarzyszył, jednak czasami był wyciszony, a czasami pobudzony. Wszystko dookoła widziałam przez łzy. Serce zaczęło mi łomotać. Otworzyłam buzie i wytrzeszczyłam oczy, nie wiedząc co mam zrobić dalej. Pokręciłam głową ocierając łzy. Zmrużyłam oczy. Przed sobą miałam obraz pięknego, limonkowego lasu. Delikatnie biegnąc w tej samej białej sukience, o tych samych bosych stopach. Odwróciłam głowę i ujrzałam z daleka mamę. Zatrzymałam się, padając przed nią na kolana. ,,Biegnij!'' krzyczała. Nagle wybudziłam się z transu, otworzyłam oczy. Już nie byłam w zielenistym lesie, lecz w ciemnym zaułku. Za mną nie było cudownej mamy, lecz dwóch napastników biegnących w moją stronę, pragnących mnie dopaść. Nabrałam głęboki oddech, z powrotem wytrzeszczyłam oczy i zaczęłam piszczeć, uciekać. Biegłam najszybciej jak tylko mogłam, gubiąc po drodze oddech. Dobiegłam do domu, zgubiłam najwyraźniej tych feralnych typów. Otworzyłam drzwi, rozglądając się po domu. Tata siedział przy papierach jak zawsze. A jego narzeczona ? Siedziała na telefonie spoglądając tylko kątem oka z odrazą na moją osobę. Nie zauważyli, że weszłam. Nie zauważyli, że mnie nie było, nie zauważyli, że jestem... Złapałam się za brzuch i buzię jednocześnie, czując, że zaraz zwymiotuję. Dlaczego spytacie ? Bo nienawidziłam siebie, za to, że nikt mnie nie kocha. Nie całuje nigdy w czoło przed zaśnięciem, po obudzeniu. Nie przynosi gorącej czekolady, nie rozmawia na temat chłopaków. Nie łapie mojej dłoni, nie ociera moich łez. Nie ucisza mnie, nie wywołuje u mnie głośnego krzyku. Nienawidziłam się za swoją przezroczystość. Pobiegłam do łazienki zamykając się w niej od środka. Klęknęłam nad toaletą czując odruch wymiotny. Zamknęłam oczy i usiadłam pod ścianą, próbując się uspokoić. Wzięłam duży łyk browara, żałując tej obrzydliwej sytuacji. Żałuję, że w dniu, gdy mama umarła, ja nie odeszłam razem z nią. Zaciągnęłam kolana pod brodę, zamykając oczy. Wzięłam głęboki oddech i wypuściłam go z powrotem. Podniosłam się z podłogi i podeszłam do lustra. Otarłam łzy i ostatni raz się w nim przejrzałam. Otworzyłam górną szufladę i wyciągnęłam z niej żyletkę. Zsunęłam się po ścianie. Wbiłam ją delikatnie pod skórę. Zacisnęłam zęby i zacisnęłam mocno powieki. Przypominało mi się wszystko to, czego tak bardzo nienawidziłam. Wszystko to co chciałabym odmienić. Nagle zobaczyłam przed sobą obraz mamy. Obraz mojego dzieciństwa. Wszystkich chwil, dla których warto żyć. Dla których warto wylewać łzy. Nie zauważyłam jak mocno się zraniłam, jak bardzo mnie to boli. Otworzyłam oczy, zaczęłam krzyczeć tak głośno, że aż tata mnie zauważył. Wiłam się z bólu po podłodze. Nagle do drzwi od łazienki zaczął dobijać się tata. Tak bardzo się cieszyłam, że mnie dostrzegł, tak bardzo chciałam wykrzyczeć mu, że go kocham. Tak bardzo chciałam mieć siłę podnieść się i otworzyć mu drzwi. Tak bardzo chciałam zostać, nie umierać. Dopadł mnie atak paniki, nie mogłam umrzeć. Serce podchodziło mi do gardła, byłam przerażona, a jednocześnie dumna. Tata wyłamał drzwi od łazienki i rzucił się w moim kierunku. Jedyne co pamiętam, to jego obecność przy mnie. Gdy tylko otworzyłam oczy byłam w szpitalu, jednak nadal był przy mnie ojciec. Podniosłam głowę i ponownie zaczęłam płakać, ale z radości. Cieszyłam się, że był przy mnie.
- Tatuś. - Przytuliłam go ze wszystkich sił, a on mnie tak samo. Na salę weszła lekarka.
- Mogę pana prosić na minutkę ? -
- Jasne. - Wypuścił moją dłoń.
Rozmawiali po drugiej stronie ściany, nie byłam wstanie dowiedzieć się czegoś więcej. Spojrzałam na swój nadgarstek, owinięty w bandaż, aż po łokieć. Do sali wrócił tata, znowu siadając obok mnie, łapiąc moją dłoń.
- I co Ci powiedziała lekarka ? -
- Możliwe, że jeszcze dzisiaj Cię wypuszczą. -
- To skąd taka mina ? -
- Prze.. Przepraszam. - Zakrył twarz dłońmi.
Patrzyłam się na niego ze smutkiem. Złapałam go za dłoń, a ten spojrzał w moje oczy. Otarł swoje łzy i podniósł się z krzesła. Obserwowałam jego ruchy, patrząc co chce zrobić.
- Przyniosę Ci coś ciepłego do jedzenia. Zaraz jestem z powrotem. -
Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc jak drzwi powoli się zamykają. Na szafce obok łóżka stało zdjęcie moje i taty. Wzięłam je w dłoń przyglądając się mu coraz głębiej i głębiej. Skrzywiłam się, a po moim ciele przeszły zimne dreszcze. Dotknęłam delikatnie zdjęcia w ramce, a na sali pojawił się już tata.
- Mam, twoje ulubione. - Podał mi cole z hamburgerem.
- To nie jest moje ulubione jedzenie, nawet nie jem mięsa. - skrzywiłam się.
- Nie jesz mięsa ? Przepraszam, nic lepszego na tej stołówce nie mają. - Zawstydził się.
- Jest ok. - Wymusiłam uśmiech.
Tata ciągle był obok mnie.. Nie opuszczał mnie ani na chwilę. Był jak jadłam, jak spałam, jak się śmiałam i jak milczałam. Nie opuścił mnie. Już tego samego wieczoru pozwolono mi iść do domu. Gdy przekroczyłam próg domu ponownie przeszły mnie dreszcze, lecz tym razem całkiem przyjemne.
- A gdzie ? ... Gdzie Twoja narzeczona ? - Wydusiłam z siebie ze spuszczoną głową.
- Już nie będzie w naszej rodzinie, nigdy. - Przytulił mnie.
✸
I taka to moja historia. Historia Daisy White. Historia, która wywróciła moje życie do góry nogami, a później z powrotem ustawiła je do pionu. Znajomi, którzy pomogli mi się stoczyć omijają mnie jak powietrze, a ja ich tak samo. Poznałam przyjaciela, którego historia przypomina moją. Najpierw jest boleśnie, a później los nas zaskakuje. Nazywa się William. Jeśli chodzi o tatę, nigdy nie byliśmy ze sobą tak blisko jak jesteśmy teraz. Można powiedzieć, że jest dla mnie równie ważny jak była dla mnie mama. Nie spodziewałabym się takiej odmiany losu. Owszem rany zostaną ze mną, ale reszta mnie opuściła, albo raczej to ja ją opuściłam...
~~ Czasami to my decydujemy o swoim losie...
Jednak czasem, to los decyduje o nas... ~~
sobota, 29 listopada 2014
poniedziałek, 3 listopada 2014
Rozdział II ,,Grey'' cz. 2
Rozdział II ,,Grey''
''Myśli, które oddychają, słowa, które palą''
~~ Jest taka chwila,
kiedy nie czuje się już bólu.
Wrażliwość znika,
a rozsądek tępieje,
aż zatraci się poczucie czasu i miejsca. ~~
-----------------------------------------------------------------------------------
Cała się trzęsłam. Po raz kolejny w moich oczach pojawiły się charakterystyczne dla mnie łzy.
Objął mnie w pasie oparty o bordowy wóz, który zaraz miał odjechać z nim za miasto.
Założył mi przez głowę swoją bluzę, którą zawsze zakładałam w chłodne dni.
Pocałowałam zarumieniony czubek jego nosa, a po jego policzku spłynęła łza.
Wymusiłam uśmiech.
- Musimy jechać, mamy niewiele czasu. - Krzyknął ciemnoskóry facet siedzący za kierownicą bordowego samochodu. Wtedy się rozkleiłam. Zaczęłam panicznie szlochać.
Jasper spojrzał po raz ostatni z żalem w moje szkliste oczy. Wsiadł do wozu z miną zbitego psa.
Dotknęłam szyby ocierając łzę z mojego polika. Bordowy samochód odjechał, zabierając mi wszystko to co miałam. Na ziemi leżał list, ubrudzony od śladu opon. Wahałam się, czy go podnieść, czy stracić. Otrzepałam go ze śniegu i mocno ścisnęłam w dłoni. Szłam w stronę domu potykając się na każdym kroku. Na dworze panowała mgła zlewająca się z płatkami śniegu. W dodatku nie było widać żywej duszy. Niebo poszarzało, już nie było takie błękitne jak kiedyś. Usiadłam na ciemnobrązowej ławce otwierając kopertę. W środku był złoty łańcuszek z ozdobnym sercem.
Podobny do tego, który kiedyś wyrzuciłam. Otarłam łzy, nabierając głęboki oddech. Podniosłam się bezsilnie. Ujęłam łańcuszek w dłoń i szłam dalej przez zaśnieżone ulice. Moje oczy po raz pierwszy przezwyciężył spokój. W moim kierunku zbliżała się męska sylwetka. Nie bałam się jednak.
Wszystko dusiłam w sobie. - Mia - Wyszeptał muśnięty słońcem, ciemny blondyn.
Uniosłam ku niemu wzrok. Uśmiechnął się szeroko poklepując mnie po ramieniu.
- Coś się stało? Słabo wyglądasz. - Oznajmił po cichu.
Jeremy - tak brzmiało jego imię. Moja była miłość za czasów piaskownicy.
Nic nie odpowiedziałam, tylko skinęłam głową.
Blondyn przyciągnął mnie do siebie i delikatnie objął. Zacisnęłam powieki i poczułam jego wzrok na swoim ciele. - Masz ochotę na kawę? Mogę zabrać Cię w fajne miejsce. - Zasugerował.
Zacisnęłam usta, próbując wydusić z siebie chodź jedno słowo. Jeremy pociągnął mnie za dłoń, zmierzając w kierunku obcej mi kawiarni. - Usiądź - odsunął mi krzesło. Byliśmy tam jako jedyni.
Kelnerka podała nam dużą kawę na stolik. - Chyba wymarzłaś, co ? - Martwił się o mnie.
- Mhm - mruknęłam. Jeremy walczył z ciszą, jednak ja byłam zbyt zażenowana, by rozmawiać. Zerknęłam ukradkiem na zegarek, dochodziła północ.
- Zamykamy! - Krzyknęła kelnerka zza lady. Blondyn odprowadził mnie po same drzwi mojego domu.
- Jeremy - wyszeptałam marszcząc brwi.
- Ta? -
Zbliżyłam się do niego.
- Proszę, nie zostawiaj mnie. Zostań. - Wyjąkałam.
Uśmiechnął się pod nosem i odgarnął chłodną dłonią moje włosy.
- Oczywiście. -
Całe moje mieszkanie było szare i oziębłe. Poszliśmy na górę do sypialni. Chłopak nalał nam do kieliszka małą ilość czerwonego wina. Siedzieliśmy na łóżku, okryci kocem. Trzymał moje przemarznięte dłonie przy swojej twarzy. Rozgrzewał je lekko podmuchując ciepłym oddechem.
Obserwowałam jego ruchy kamiennym wzrokiem. Rozmawialiśmy całą noc, popijając winem. Wstałam wcześnie rano. Jeremy rozmawiał głośno przez telefon.
- Zostaw ją w spokoju, ona nic nie zawiniła. To mnie nienawidzisz. To mnie ścigałeś i dalej będziesz. To mnie przecież chciałeś zabić! - Blondyn krzyczał z sąsiedniego pokoju. Zrozumiałam, że on też tonie w problemach. Zrozumiałam, że nie jest już tym małym chłopcem z piaskownicy, lecz innym człowiekiem. Nadal o tych samych dużych oczach, od zewnętrznej strony tęczówki zielone, od wewnętrznej miodowe. O tych samych ustach, koloru dojrzałej maliny... Nadal opuszki jego uszu zdobiły srebrne kolczyki w kształcie małej kulki. Uchyliłam niepewnie drzwi pokoju, w którym był Jeremy. Spojrzałam na niego ze współczuciem. Gdy tylko mnie zobaczył cały zesztywniał, co dało mu efekt podobny do oblania wrzącą wodą. Zacisnęłam powieki i zmarszczyłam brwi, oczekując jakiegokolwiek wyjaśnienia. Blondyn opuścił tylko głowę, a w jego oku zabłysnęła łza. Podałam mu empatycznie dłoń, którą od razu chwycił padając na kolana. Przyłożył ją do czoła, próbując zapanować nad łzami wypływającymi spod jego powiek. Uklęknęłam na przeciwko niego i po raz pierwszy zebrałam się na odwagę, aby spojrzeć mu w oczy. Położył mi głowę na ramieniu. Przytuliłam go, próbując w jakiś sposób pocieszyć. Uniósł głowę, całując moje dłonie.
-Przepraszam. - Wyszeptał grobowym głosem.
Otarłam jego łzę i oboje wstaliśmy otrzepując tylko ubrania.
- Pora już na mnie. - Oznajmił blondyn. Całą mnie zamurowało, straciłam poczucie miejsca i czasu. Straciłam równowagę, nie wiedziałam co się właśnie stało. Wyjrzałam przez okno.
Jeremy właśnie wsiadał do samochodu. Usiadłam na parapecie nie odwracając wzroku od szyby.
I tak mijały dni i miesiące mojego życia. Przestałam normalnie funkcjonować, spotykać się z przyjaciółmi, jeść i pić. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo się wyniszczam.
Cztery miesiące - dokładnie tyle minęło od mojej depresji. Od ciągłego siedzenia na parapecie i wyglądania przez okno. Usłyszałam walenie pięścią o drzwi. Podniosłam się i poszłam w ich kierunku. Przed moimi oczami pojawił się Jeremy. Patrzył na mnie z wyrzutem. Odsunęłam się od drzwi na znak, że ma wejść. Skierowałam się do sypialni. Stanęłam przed lustrem patrząc na swoje odbicie z żalem w oczach. Nie podobało mi się to co widziałam. Blada wychudzona sylwetka, wory pod oczami, oraz widoczny smutek na twarzy. Jeremy tak samo na mnie patrzył - z żalem. Poczułam obrzyd do siebie, do swojego lustrzanego odbicia. Blondyn objął mnie w pasie i musnął lekko moją anemiczną szyję. Wyplątałam się z jego rąk, pędząc do łazienki. Zamknęłam się na klucz. Rozwinęłam u siebie anoreksję na własne życzenie. Zanurzyłam się w gorącej wodzie, w wannie. \
Wciągnęłam na siebie gruby swetr ukrywając swoją wychudzoną sylwetkę. Zaplotłam włosy w luźnego warkocza. Kiedy wyszłam z łazienki naprzeciwko drzwi siedział Jeremy oparty o ścianę.
Obserwował każdy mój ruch, jednak ja uciekałam od niego wzrokiem.
- Hej, co jest? - Złapał mnie za rękę.
- Co jest? To że zniknąłeś na cztery miesiące bez żadnego słowa. Teraz wracasz tu jakby nigdy nic i nie wiem czego oczekujesz, ale dla mnie jesteś już nieistotny. - Wyplątałam swoją dłoń.
- A gdybym miał powód, dla którego to zrobiłem? - Podniósł się z podłogi.
- To powiedz jaki. - Spojrzałam mu interesowawszy się w oczy.
- Dlaczego miałbym Ci powiedzieć, he ? - Zbliżył się do mnie.
- Bo jeśli komuś na kimś zależy, to ta osoba musi o nią zawalczyć. - Oparłam swoją dłoń na jego klatce odsuwając twarz.
- Ktoś taki jak ja nie może kochać. - Zacisnął zęby i spojrzał w dół, próbując ukryć smutek kryjący się w jego oczach.
Musnęłam lekko jego zdrętwiałe wargi.
- Jeżeli nie potrafisz kochać, to dlaczego tu jesteś? - zarzuciłam mu.
Uśmiechnął się pod nosem i pocałował mnie w czoło.
-------------------------------------------------------------------------------------
Ile ludzi cierpi z powodu miłości, a jednak nie dostaje żadnej nauczki i kocha dalej...
Daje drugą szanse, aby na siłę stać się szczęśliwym. Jednak prawdziwego szczęścia się nie znajduje samemu. To ono przychodzi do nas, a jeśli to my pójdziemy w jego stronę, to szczęście nie należy do nas i nigdy do nas nie należało...
Pół roku później.
Właśnie miałam wsiąść do auta, kiedy jednak dostrzegłam faceta zmierzającego ku drzwi frontowych od mojego domu, stanęłam w miejscu sparaliżowana. Widziałam z daleka, jak kładzie jakąś kopertę pod drzwiami, po czym odchodzi. Gdy był wystarczająco daleko podeszłam w to samo miejsce, aby dowiedzieć się czegokolwiek. Faktycznie leżała tam biała koperta, a na niej mój adres i moje nazwisko. Otworzyłam kopertę.
Droga Mio,
Nie zastanawiaj się od kogo dostałaś list. Jasper zmarł trzy dni temu
w szpitalu, na drugim końcu Stanów. Jego choroba w ciągu pięciu lat
zbyt mocno się rozwinęła, przez co nie było szans na ratunek,
nawet operacja była dla niego wyzwaniem, którego mógł
nie przeżyć. Już jako dziecko miał choroby z oddychaniem, oraz
rozmaitym bólem serca. Chorował licząc się ze śmiercią, dlatego
właśnie się samookaleczał. Gdy Cię poznał, byłaś jedyną osobą,
dla której żył. Jego rodzice zginęli. Reszta rodziny się do niego
nie przyznawała. Byłaś jedyną osobą, która go pokochała.
Jeśli przeczytałaś list, to spal go i zapomnij o nim...
------------------------------------------------------------------------------♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
''Myśli, które oddychają, słowa, które palą''
~~ Jest taka chwila,
kiedy nie czuje się już bólu.
Wrażliwość znika,
a rozsądek tępieje,
aż zatraci się poczucie czasu i miejsca. ~~
-----------------------------------------------------------------------------------
Cała się trzęsłam. Po raz kolejny w moich oczach pojawiły się charakterystyczne dla mnie łzy.
Objął mnie w pasie oparty o bordowy wóz, który zaraz miał odjechać z nim za miasto.
Założył mi przez głowę swoją bluzę, którą zawsze zakładałam w chłodne dni.
Pocałowałam zarumieniony czubek jego nosa, a po jego policzku spłynęła łza.
Wymusiłam uśmiech.
- Musimy jechać, mamy niewiele czasu. - Krzyknął ciemnoskóry facet siedzący za kierownicą bordowego samochodu. Wtedy się rozkleiłam. Zaczęłam panicznie szlochać.
Jasper spojrzał po raz ostatni z żalem w moje szkliste oczy. Wsiadł do wozu z miną zbitego psa.
Dotknęłam szyby ocierając łzę z mojego polika. Bordowy samochód odjechał, zabierając mi wszystko to co miałam. Na ziemi leżał list, ubrudzony od śladu opon. Wahałam się, czy go podnieść, czy stracić. Otrzepałam go ze śniegu i mocno ścisnęłam w dłoni. Szłam w stronę domu potykając się na każdym kroku. Na dworze panowała mgła zlewająca się z płatkami śniegu. W dodatku nie było widać żywej duszy. Niebo poszarzało, już nie było takie błękitne jak kiedyś. Usiadłam na ciemnobrązowej ławce otwierając kopertę. W środku był złoty łańcuszek z ozdobnym sercem.
Podobny do tego, który kiedyś wyrzuciłam. Otarłam łzy, nabierając głęboki oddech. Podniosłam się bezsilnie. Ujęłam łańcuszek w dłoń i szłam dalej przez zaśnieżone ulice. Moje oczy po raz pierwszy przezwyciężył spokój. W moim kierunku zbliżała się męska sylwetka. Nie bałam się jednak.
Wszystko dusiłam w sobie. - Mia - Wyszeptał muśnięty słońcem, ciemny blondyn.
Uniosłam ku niemu wzrok. Uśmiechnął się szeroko poklepując mnie po ramieniu.
- Coś się stało? Słabo wyglądasz. - Oznajmił po cichu.
Jeremy - tak brzmiało jego imię. Moja była miłość za czasów piaskownicy.
Nic nie odpowiedziałam, tylko skinęłam głową.
Blondyn przyciągnął mnie do siebie i delikatnie objął. Zacisnęłam powieki i poczułam jego wzrok na swoim ciele. - Masz ochotę na kawę? Mogę zabrać Cię w fajne miejsce. - Zasugerował.
Zacisnęłam usta, próbując wydusić z siebie chodź jedno słowo. Jeremy pociągnął mnie za dłoń, zmierzając w kierunku obcej mi kawiarni. - Usiądź - odsunął mi krzesło. Byliśmy tam jako jedyni.
Kelnerka podała nam dużą kawę na stolik. - Chyba wymarzłaś, co ? - Martwił się o mnie.
- Mhm - mruknęłam. Jeremy walczył z ciszą, jednak ja byłam zbyt zażenowana, by rozmawiać. Zerknęłam ukradkiem na zegarek, dochodziła północ.
- Zamykamy! - Krzyknęła kelnerka zza lady. Blondyn odprowadził mnie po same drzwi mojego domu.
- Jeremy - wyszeptałam marszcząc brwi.
- Ta? -
Zbliżyłam się do niego.
- Proszę, nie zostawiaj mnie. Zostań. - Wyjąkałam.
Uśmiechnął się pod nosem i odgarnął chłodną dłonią moje włosy.
- Oczywiście. -
Całe moje mieszkanie było szare i oziębłe. Poszliśmy na górę do sypialni. Chłopak nalał nam do kieliszka małą ilość czerwonego wina. Siedzieliśmy na łóżku, okryci kocem. Trzymał moje przemarznięte dłonie przy swojej twarzy. Rozgrzewał je lekko podmuchując ciepłym oddechem.
Obserwowałam jego ruchy kamiennym wzrokiem. Rozmawialiśmy całą noc, popijając winem. Wstałam wcześnie rano. Jeremy rozmawiał głośno przez telefon.
- Zostaw ją w spokoju, ona nic nie zawiniła. To mnie nienawidzisz. To mnie ścigałeś i dalej będziesz. To mnie przecież chciałeś zabić! - Blondyn krzyczał z sąsiedniego pokoju. Zrozumiałam, że on też tonie w problemach. Zrozumiałam, że nie jest już tym małym chłopcem z piaskownicy, lecz innym człowiekiem. Nadal o tych samych dużych oczach, od zewnętrznej strony tęczówki zielone, od wewnętrznej miodowe. O tych samych ustach, koloru dojrzałej maliny... Nadal opuszki jego uszu zdobiły srebrne kolczyki w kształcie małej kulki. Uchyliłam niepewnie drzwi pokoju, w którym był Jeremy. Spojrzałam na niego ze współczuciem. Gdy tylko mnie zobaczył cały zesztywniał, co dało mu efekt podobny do oblania wrzącą wodą. Zacisnęłam powieki i zmarszczyłam brwi, oczekując jakiegokolwiek wyjaśnienia. Blondyn opuścił tylko głowę, a w jego oku zabłysnęła łza. Podałam mu empatycznie dłoń, którą od razu chwycił padając na kolana. Przyłożył ją do czoła, próbując zapanować nad łzami wypływającymi spod jego powiek. Uklęknęłam na przeciwko niego i po raz pierwszy zebrałam się na odwagę, aby spojrzeć mu w oczy. Położył mi głowę na ramieniu. Przytuliłam go, próbując w jakiś sposób pocieszyć. Uniósł głowę, całując moje dłonie.
-Przepraszam. - Wyszeptał grobowym głosem.
Otarłam jego łzę i oboje wstaliśmy otrzepując tylko ubrania.
- Pora już na mnie. - Oznajmił blondyn. Całą mnie zamurowało, straciłam poczucie miejsca i czasu. Straciłam równowagę, nie wiedziałam co się właśnie stało. Wyjrzałam przez okno.
Jeremy właśnie wsiadał do samochodu. Usiadłam na parapecie nie odwracając wzroku od szyby.
I tak mijały dni i miesiące mojego życia. Przestałam normalnie funkcjonować, spotykać się z przyjaciółmi, jeść i pić. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo się wyniszczam.
Cztery miesiące - dokładnie tyle minęło od mojej depresji. Od ciągłego siedzenia na parapecie i wyglądania przez okno. Usłyszałam walenie pięścią o drzwi. Podniosłam się i poszłam w ich kierunku. Przed moimi oczami pojawił się Jeremy. Patrzył na mnie z wyrzutem. Odsunęłam się od drzwi na znak, że ma wejść. Skierowałam się do sypialni. Stanęłam przed lustrem patrząc na swoje odbicie z żalem w oczach. Nie podobało mi się to co widziałam. Blada wychudzona sylwetka, wory pod oczami, oraz widoczny smutek na twarzy. Jeremy tak samo na mnie patrzył - z żalem. Poczułam obrzyd do siebie, do swojego lustrzanego odbicia. Blondyn objął mnie w pasie i musnął lekko moją anemiczną szyję. Wyplątałam się z jego rąk, pędząc do łazienki. Zamknęłam się na klucz. Rozwinęłam u siebie anoreksję na własne życzenie. Zanurzyłam się w gorącej wodzie, w wannie. \
Wciągnęłam na siebie gruby swetr ukrywając swoją wychudzoną sylwetkę. Zaplotłam włosy w luźnego warkocza. Kiedy wyszłam z łazienki naprzeciwko drzwi siedział Jeremy oparty o ścianę.
Obserwował każdy mój ruch, jednak ja uciekałam od niego wzrokiem.
- Hej, co jest? - Złapał mnie za rękę.
- Co jest? To że zniknąłeś na cztery miesiące bez żadnego słowa. Teraz wracasz tu jakby nigdy nic i nie wiem czego oczekujesz, ale dla mnie jesteś już nieistotny. - Wyplątałam swoją dłoń.
- A gdybym miał powód, dla którego to zrobiłem? - Podniósł się z podłogi.
- To powiedz jaki. - Spojrzałam mu interesowawszy się w oczy.
- Dlaczego miałbym Ci powiedzieć, he ? - Zbliżył się do mnie.
- Bo jeśli komuś na kimś zależy, to ta osoba musi o nią zawalczyć. - Oparłam swoją dłoń na jego klatce odsuwając twarz.
- Ktoś taki jak ja nie może kochać. - Zacisnął zęby i spojrzał w dół, próbując ukryć smutek kryjący się w jego oczach.
Musnęłam lekko jego zdrętwiałe wargi.
- Jeżeli nie potrafisz kochać, to dlaczego tu jesteś? - zarzuciłam mu.
Uśmiechnął się pod nosem i pocałował mnie w czoło.
-------------------------------------------------------------------------------------
Ile ludzi cierpi z powodu miłości, a jednak nie dostaje żadnej nauczki i kocha dalej...
Daje drugą szanse, aby na siłę stać się szczęśliwym. Jednak prawdziwego szczęścia się nie znajduje samemu. To ono przychodzi do nas, a jeśli to my pójdziemy w jego stronę, to szczęście nie należy do nas i nigdy do nas nie należało...
Pół roku później.
Właśnie miałam wsiąść do auta, kiedy jednak dostrzegłam faceta zmierzającego ku drzwi frontowych od mojego domu, stanęłam w miejscu sparaliżowana. Widziałam z daleka, jak kładzie jakąś kopertę pod drzwiami, po czym odchodzi. Gdy był wystarczająco daleko podeszłam w to samo miejsce, aby dowiedzieć się czegokolwiek. Faktycznie leżała tam biała koperta, a na niej mój adres i moje nazwisko. Otworzyłam kopertę.
Droga Mio,
Nie zastanawiaj się od kogo dostałaś list. Jasper zmarł trzy dni temu
w szpitalu, na drugim końcu Stanów. Jego choroba w ciągu pięciu lat
zbyt mocno się rozwinęła, przez co nie było szans na ratunek,
nawet operacja była dla niego wyzwaniem, którego mógł
nie przeżyć. Już jako dziecko miał choroby z oddychaniem, oraz
rozmaitym bólem serca. Chorował licząc się ze śmiercią, dlatego
właśnie się samookaleczał. Gdy Cię poznał, byłaś jedyną osobą,
dla której żył. Jego rodzice zginęli. Reszta rodziny się do niego
nie przyznawała. Byłaś jedyną osobą, która go pokochała.
Jeśli przeczytałaś list, to spal go i zapomnij o nim...
------------------------------------------------------------------------------♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Noo i mamy 2 cz. ! Jeśli ktoś przeczytał wcześniejsze rozdziały i wie kto to Jasper, to myślę, że może ten rozdział Was nieco zawieść, bo mogliście oczekiwać jego wyzdrowienia. Jednak te opowiadanie jest z kategorii : dramat więc takie smutne zakończenia będą pojawiać się dość często :< Ale w końcu od samego początku wiedziałam, że chcę pisać takie ''mroczne''( jak to powiedziała jedna czytelniczka) opowiadania. Mam nadzieję, że pojawiła wam się łezka w oku czytając tą część ;P Piszcie w komentarzach jak wam się podobała właśnie ta tutaj część xd I co sądzicie o nowej postaci - Jeremy. Następna część będzie tak samo smutna, ponieważ będzie tam o chorobie Mii, o śmierci jej ukochanego Jaspera no i dowiemy się o tej ''tajemnicy'' Jeremiego ;D Będzie także jeszcze jedna nowa postać... Czekam na wasze reakcje w postaci komentarzy! Pozdrawiam <3 ^-^ .
środa, 29 października 2014
Rozdział II ,,Grey''
Rozdział II ,,Grey''
Przebudzenie
Znacie to uczucie, przebudzić się z najpiękniejszego snu, po czym zapomnieć jego treści ?
Ilekroć zamkniesz oczy, zamarzysz o stanie pięknym.
Ilekroć otworzysz oczy, zapomnisz czego chciałeś.
Jeśli jednak stan o jakim marzymy to cierpienie, by udowodnić sobie samemu,
iż życie jest piękniejsze niż nie jeden sen ?
Wtedy pozostaje nam jedno - nadzieja.
Nadzieja, która wygaśnie po nierealnym stanie po zmrużeniu oczu...
Piękniejsza od snu jest tylko śmierć, ponieważ z niej nie da się wybudzić i zapomnieć...
Wytrzeszczyłam oczy, trzepocząc rzęsami.
Co się stało ?
Gdzie jestem i dlaczego akurat tu ?
Czy to była chwilowa śmierć ?
Milion pytań błądziło mi w myślach.
Jednak śmierć nie ma określonego czasu. Z niej nie da się wybudzić. Po niej nie otwiera się oczu, tylko zamyka się je już na zawsze...
Można powiedzieć, iż śmierć jest niema. Ponieważ nie ma uczucia określającego jej stan, śmierć jest dokładnie taka - niema. Nie pokazuje nam niczego, prócz nicości i ukojenia.
Właściwie, czy ukojeniem jest nic nie czuć ? Pozbawieniem jakichkolwiek uczuć ?
Wszyscy patrzyli na mnie wytrzeszczonymi oczami, stali jak sparaliżowani,
oczarowani moim przebudzeniem.
Próbowałam wyczuć stan, w jakim teraz jestem.
- Czy ja nadal śnie ? - Dotknęłam twarzy Jaspera, siedzącego obok mnie.
- Już nie - Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza, którą od razu otarłam.
Wtuliłam się w jego ciało ze wszystkich sił i zaczęłam płakać, powtarzając tylko ,,przepraszam''
Na łóżku usiadła obok nas przytulających się do siebie Kim, która także nas ujęła płacząc na głos.
Babcia oparła dziadkowi głowę na ramieniu i oboje się rozkleili.
Jak to własnym zdrowiem można kogoś zaprowadzić na dno. Własnym stanem godnym śmierci...
Zostałam jeszcze parę dni w szpitalu, aby do końca się przebudzić i móc później normalnie funkcjonować, bez niczyjej pomocy. Gdy wróciłam do domu mieszkałam z Jasperem, oraz Kim, która także była mi niezbędna. Wszystko było niecodzienne, piękne. Każdy, kogo potrzebowałam był przymnie. Troszczył się o mnie. Przez pierwsze dni mało piłam i jadłam. Nie miałam potrzeby wychodzenia z domu. Wystarczył mi tylko Jasper i mój ogród. Siedzieliśmy w nim codziennie na słońcu, rozmawiając na tematy, których było nieskończenie wiele. Jednak jedna myśl mnie prześladowała... Jeśli dawca Jaspera się nie znajdzie, to można powiedzieć, że to ja dopuściłam do jego śmierci. Mogłam oddać mu serce. Podarować mu życie w zamian za spokojną śmierć, do której nie potrzebowałam garści tabletek, ani pistoletu, tylko słowa i odwagi. Tylko ten temat omijaliśmy. Wszystko inne nabrało barw, których przedtem bym nie miała jak dostrzec. Wstałam o świcie i wyszłam do ogrodu. Usiadłam na trawie owinięta kocem.
Słońce powoli zaczęło się ujawniać. Zaczęłam odczuwać jego promienie na swojej twarzy.
Patrzyłam w niebo zagubionym wzrokiem. Wiatr rozwiewał moje włosy, każdego w inną stronę.
Powoli opadły mi na twarz. Na swoim ramieniu poczułam chłodną dłoń, to Jasper.
Nie spojrzałam na niego ani na krótką chwilę, wciąż wpatrywałam się w niebo. Jasper usiadł obok mnie na wilgotnej od deszczu trawie. Delikatnie musnął moją szyję. Zacisnęłam usta w wąski paseczek. Dotknął mojej dłoni, którą zdobiła srebrna bransoletka z małą gwiazdką.
Mój policzek ozdobił charakterystyczny rumieniec.
Spojrzałam na jego twarz, na której coś się zmieniło. Zanurzyłam się w jego oczach. Nadal były takie jakie je zapamiętałam : duże, bursztynowe.
Usta miały kolor dojrzałej maliny. Spojrzałam z powrotem w dół.
- Bujam w obłokach. - Oznajmiłam grobowym głosem.
- I nie przestaniesz, prawda? - Mruknął brunet.
- Przepraszam, ja... Ja tylko... - Nie umiałam się wysłowić.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? - Chłopak zapytał z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
- Tak... - Szepnęłam.
- A pamiętasz co Ci wtedy powiedziałem ? - Spojrzał na moją dłoń delikatnie dotykając ją palcem.
- Pamiętam. - Tamta noc była jednocześnie zła i cudowna. Trudno mi ją określić, skoro wtedy wszystkie emocje zlały się w całość. Żal z miłością. Dwa najbardziej znane nam uczucia.
Przez chwilę słychać było cisze...
- Dlaczego akurat ja ? - Myślałam na głos.
- Bo jesteś wyjątkowa Mia i wiedziałem to już tamtej nocy.
Jesteś jedyną osobą, którą kocham tu i teraz. Mniej niż jutro i bardziej niż wczoraj...
Rozumiesz ? - Sugerował brunet.
Uściskałam go przez łzy. Obawiałam się jego utraty najbardziej na świecie.
Przed oczami miałam jego zamazany obraz. Kochałam go. Powtarzałam tylko, żeby został.
Prosiłam i bezskutecznie płakałam. On tylko mocno mnie uściskał i wyszeptał -postaram się-.
------------------------------------------------------------------
2 tygodnie później...
Biegłam tak szybko, ile tylko sił było w moim kruchym ciele. Serce waliło mi młotem, a łzy same z siebie wyciekały spod powiek. Dotarłam do domu. Jasper leżał na podłodze nieruchomo, z zmrużonymi oczami. Blady jak ściana, chłodny jak nieżywy...
Obok niego klęczała Kim cała zapłakana. Trzymała go za rękę płacząc nagłos. Padłam na kolana, dotykając zimnej klatki Jaspera. Wszystko było rozmazane przez moje łzy. Do mieszkania wbiegł znajomy nam lekarz, który wyniósł Jaspera na noszach do karetki. Nie przestawałam trzymać chłopaka za dłoń.
- Co pani robi?! Proszę odejść! - Krzyczał lekarz zatrzaskując mi drzwi od karetki przed nosem.
Kim przytuliła mnie z całej siły. Obydwie stałyśmy na środku ulicy ,wypatrując karetkę z daleka.
Pobiegłyśmy do samochodu stojącego pod domem. Pojechałyśmy do szpitala.
- G-gdzie On jest?! - Wydusiłam z siebie.
Lekarka za ladą podała mi karteczkę z salą, na której leżał Jass. Cała przemoczona od deszczu, wyczerpana, blada i przerażona. Tak wtedy wyglądałam. Weszłam niepewnie do sali, na której leżał Jasper. Właśnie go reanimowali.
- Ja... Jass? - Wymamrotałam po cichu. Stałam w progu, żegnając się z nim w głębi duszy.
Obserwowałam co z nim robią. Bladł z każdą chwilą coraz bardziej. Wyglądał z każdą chwilą coraz gorzej. Oczekiwałam na słowo ''umarł'', bo wątpiłam w jego cudowne uzdrowienie. Kim położyła mi głowę na ramieniu, oddając mi swoją suchą kurtkę.
- Proszę stąd wyjść! - Szarpnął nas z tyłu jakiś chirurg.
Uściskałam depresyjnie Kim. Ona ujęła mnie w pasie. Chciałam po prostu wiedzieć co będzie dalej. Niezależnie od tego, czy to będzie dobra, czy zła wiadomość.
- Nie płacz. Wiedziałaś, że tak się może stać. Teraz po prostu zamiast płakać na głos, musisz czekać po cichu. - Ta dziewczyna zawsze umiała mnie pocieszyć. Jej słowa były dla mnie jak lekarstwo.
Jak mnie przytulała, czułam jak wszystko co złe mnie opuszcza. Wszystko, czego tak bardzo nienawidziłam ucieka ode mnie. To wszystko dlatego, że ona była przymnie.
Brunetka otarła moje łzy, a potem znów mnie przytuliła. Usiadłyśmy pod ścianą i trzymałyśmy się za rękę. Zawsze przy niej było mi łatwiej coś zaakceptować, do czegoś przywyknąć, albo o czymś zapomnieć. Lub po prostu udawać, że zapominam. Po czterech godzinach chirurdzy wyszli z sali operacyjnej. Podniosłam się odruchowo i weszłam do sali.
- Jass... - Wyszeptałam.
Podeszłam do niego z lękiem kryjącym się w moim sercu. Dotknęłam palcem jego dłoni, która wydawała mi się cieplejsza, niż wcześniej. Usiadłam na krześle stojącego obok łóżka.
Delikatnie otworzył oczy i skierował na mnie swój wzrok. Nabrałam oddech, lekko zamrugałam. Uniósł ku mnie głowę i musnął moje zdrętwiałe wargi. Na jego policzkach pojawił się rumieniec, którego tak trudno było przez ostatni czas ujrzeć na jego bladej twarzy.
- To było... To było piękne... - Tylko tyle z siebie wydusiłam.
- Nie. To było smutne, jak pożegnanie. - Oznajmił grobowym głosem.
- Przecież... Przecież żyjesz! - Skarciłam go.
- Teraz żyję. Ale nie wiem kiedy przestanę. Muszę wyjechać, do jakiegoś innego szpitala, gdzie nie będziesz cierpieć jak mnie zobaczysz w takim stanie. Gdzie nie będziesz widzieć jak umieram...
- Kiedy? - Załamałam się po najlepszej chwili, która nie przytrafiła mi się od dawna.
- Jeszcze dzisiaj... - . Wypuścił bezlitośnie moją dłoń.
♥
Przebudzenie
Znacie to uczucie, przebudzić się z najpiękniejszego snu, po czym zapomnieć jego treści ?
Ilekroć zamkniesz oczy, zamarzysz o stanie pięknym.
Ilekroć otworzysz oczy, zapomnisz czego chciałeś.
Jeśli jednak stan o jakim marzymy to cierpienie, by udowodnić sobie samemu,
iż życie jest piękniejsze niż nie jeden sen ?
Wtedy pozostaje nam jedno - nadzieja.
Nadzieja, która wygaśnie po nierealnym stanie po zmrużeniu oczu...
Piękniejsza od snu jest tylko śmierć, ponieważ z niej nie da się wybudzić i zapomnieć...
Wytrzeszczyłam oczy, trzepocząc rzęsami.
Co się stało ?
Gdzie jestem i dlaczego akurat tu ?
Czy to była chwilowa śmierć ?
Milion pytań błądziło mi w myślach.
Jednak śmierć nie ma określonego czasu. Z niej nie da się wybudzić. Po niej nie otwiera się oczu, tylko zamyka się je już na zawsze...
Można powiedzieć, iż śmierć jest niema. Ponieważ nie ma uczucia określającego jej stan, śmierć jest dokładnie taka - niema. Nie pokazuje nam niczego, prócz nicości i ukojenia.
Właściwie, czy ukojeniem jest nic nie czuć ? Pozbawieniem jakichkolwiek uczuć ?
Wszyscy patrzyli na mnie wytrzeszczonymi oczami, stali jak sparaliżowani,
oczarowani moim przebudzeniem.
Próbowałam wyczuć stan, w jakim teraz jestem.
- Czy ja nadal śnie ? - Dotknęłam twarzy Jaspera, siedzącego obok mnie.
- Już nie - Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza, którą od razu otarłam.
Wtuliłam się w jego ciało ze wszystkich sił i zaczęłam płakać, powtarzając tylko ,,przepraszam''
Na łóżku usiadła obok nas przytulających się do siebie Kim, która także nas ujęła płacząc na głos.
Babcia oparła dziadkowi głowę na ramieniu i oboje się rozkleili.
Jak to własnym zdrowiem można kogoś zaprowadzić na dno. Własnym stanem godnym śmierci...
Zostałam jeszcze parę dni w szpitalu, aby do końca się przebudzić i móc później normalnie funkcjonować, bez niczyjej pomocy. Gdy wróciłam do domu mieszkałam z Jasperem, oraz Kim, która także była mi niezbędna. Wszystko było niecodzienne, piękne. Każdy, kogo potrzebowałam był przymnie. Troszczył się o mnie. Przez pierwsze dni mało piłam i jadłam. Nie miałam potrzeby wychodzenia z domu. Wystarczył mi tylko Jasper i mój ogród. Siedzieliśmy w nim codziennie na słońcu, rozmawiając na tematy, których było nieskończenie wiele. Jednak jedna myśl mnie prześladowała... Jeśli dawca Jaspera się nie znajdzie, to można powiedzieć, że to ja dopuściłam do jego śmierci. Mogłam oddać mu serce. Podarować mu życie w zamian za spokojną śmierć, do której nie potrzebowałam garści tabletek, ani pistoletu, tylko słowa i odwagi. Tylko ten temat omijaliśmy. Wszystko inne nabrało barw, których przedtem bym nie miała jak dostrzec. Wstałam o świcie i wyszłam do ogrodu. Usiadłam na trawie owinięta kocem.
Słońce powoli zaczęło się ujawniać. Zaczęłam odczuwać jego promienie na swojej twarzy.
Patrzyłam w niebo zagubionym wzrokiem. Wiatr rozwiewał moje włosy, każdego w inną stronę.
Powoli opadły mi na twarz. Na swoim ramieniu poczułam chłodną dłoń, to Jasper.
Nie spojrzałam na niego ani na krótką chwilę, wciąż wpatrywałam się w niebo. Jasper usiadł obok mnie na wilgotnej od deszczu trawie. Delikatnie musnął moją szyję. Zacisnęłam usta w wąski paseczek. Dotknął mojej dłoni, którą zdobiła srebrna bransoletka z małą gwiazdką.
Mój policzek ozdobił charakterystyczny rumieniec.
Spojrzałam na jego twarz, na której coś się zmieniło. Zanurzyłam się w jego oczach. Nadal były takie jakie je zapamiętałam : duże, bursztynowe.
Usta miały kolor dojrzałej maliny. Spojrzałam z powrotem w dół.
- Bujam w obłokach. - Oznajmiłam grobowym głosem.
- I nie przestaniesz, prawda? - Mruknął brunet.
- Przepraszam, ja... Ja tylko... - Nie umiałam się wysłowić.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? - Chłopak zapytał z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
- Tak... - Szepnęłam.
- A pamiętasz co Ci wtedy powiedziałem ? - Spojrzał na moją dłoń delikatnie dotykając ją palcem.
- Pamiętam. - Tamta noc była jednocześnie zła i cudowna. Trudno mi ją określić, skoro wtedy wszystkie emocje zlały się w całość. Żal z miłością. Dwa najbardziej znane nam uczucia.
Przez chwilę słychać było cisze...
- Dlaczego akurat ja ? - Myślałam na głos.
- Bo jesteś wyjątkowa Mia i wiedziałem to już tamtej nocy.
Jesteś jedyną osobą, którą kocham tu i teraz. Mniej niż jutro i bardziej niż wczoraj...
Rozumiesz ? - Sugerował brunet.
Uściskałam go przez łzy. Obawiałam się jego utraty najbardziej na świecie.
Przed oczami miałam jego zamazany obraz. Kochałam go. Powtarzałam tylko, żeby został.
Prosiłam i bezskutecznie płakałam. On tylko mocno mnie uściskał i wyszeptał -postaram się-.
------------------------------------------------------------------
2 tygodnie później...
Biegłam tak szybko, ile tylko sił było w moim kruchym ciele. Serce waliło mi młotem, a łzy same z siebie wyciekały spod powiek. Dotarłam do domu. Jasper leżał na podłodze nieruchomo, z zmrużonymi oczami. Blady jak ściana, chłodny jak nieżywy...
Obok niego klęczała Kim cała zapłakana. Trzymała go za rękę płacząc nagłos. Padłam na kolana, dotykając zimnej klatki Jaspera. Wszystko było rozmazane przez moje łzy. Do mieszkania wbiegł znajomy nam lekarz, który wyniósł Jaspera na noszach do karetki. Nie przestawałam trzymać chłopaka za dłoń.
- Co pani robi?! Proszę odejść! - Krzyczał lekarz zatrzaskując mi drzwi od karetki przed nosem.
Kim przytuliła mnie z całej siły. Obydwie stałyśmy na środku ulicy ,wypatrując karetkę z daleka.
Pobiegłyśmy do samochodu stojącego pod domem. Pojechałyśmy do szpitala.
- G-gdzie On jest?! - Wydusiłam z siebie.
Lekarka za ladą podała mi karteczkę z salą, na której leżał Jass. Cała przemoczona od deszczu, wyczerpana, blada i przerażona. Tak wtedy wyglądałam. Weszłam niepewnie do sali, na której leżał Jasper. Właśnie go reanimowali.
- Ja... Jass? - Wymamrotałam po cichu. Stałam w progu, żegnając się z nim w głębi duszy.
Obserwowałam co z nim robią. Bladł z każdą chwilą coraz bardziej. Wyglądał z każdą chwilą coraz gorzej. Oczekiwałam na słowo ''umarł'', bo wątpiłam w jego cudowne uzdrowienie. Kim położyła mi głowę na ramieniu, oddając mi swoją suchą kurtkę.
- Proszę stąd wyjść! - Szarpnął nas z tyłu jakiś chirurg.
Uściskałam depresyjnie Kim. Ona ujęła mnie w pasie. Chciałam po prostu wiedzieć co będzie dalej. Niezależnie od tego, czy to będzie dobra, czy zła wiadomość.
- Nie płacz. Wiedziałaś, że tak się może stać. Teraz po prostu zamiast płakać na głos, musisz czekać po cichu. - Ta dziewczyna zawsze umiała mnie pocieszyć. Jej słowa były dla mnie jak lekarstwo.
Jak mnie przytulała, czułam jak wszystko co złe mnie opuszcza. Wszystko, czego tak bardzo nienawidziłam ucieka ode mnie. To wszystko dlatego, że ona była przymnie.
Brunetka otarła moje łzy, a potem znów mnie przytuliła. Usiadłyśmy pod ścianą i trzymałyśmy się za rękę. Zawsze przy niej było mi łatwiej coś zaakceptować, do czegoś przywyknąć, albo o czymś zapomnieć. Lub po prostu udawać, że zapominam. Po czterech godzinach chirurdzy wyszli z sali operacyjnej. Podniosłam się odruchowo i weszłam do sali.
- Jass... - Wyszeptałam.
Podeszłam do niego z lękiem kryjącym się w moim sercu. Dotknęłam palcem jego dłoni, która wydawała mi się cieplejsza, niż wcześniej. Usiadłam na krześle stojącego obok łóżka.
Delikatnie otworzył oczy i skierował na mnie swój wzrok. Nabrałam oddech, lekko zamrugałam. Uniósł ku mnie głowę i musnął moje zdrętwiałe wargi. Na jego policzkach pojawił się rumieniec, którego tak trudno było przez ostatni czas ujrzeć na jego bladej twarzy.
- To było... To było piękne... - Tylko tyle z siebie wydusiłam.
- Nie. To było smutne, jak pożegnanie. - Oznajmił grobowym głosem.
- Przecież... Przecież żyjesz! - Skarciłam go.
- Teraz żyję. Ale nie wiem kiedy przestanę. Muszę wyjechać, do jakiegoś innego szpitala, gdzie nie będziesz cierpieć jak mnie zobaczysz w takim stanie. Gdzie nie będziesz widzieć jak umieram...
- Kiedy? - Załamałam się po najlepszej chwili, która nie przytrafiła mi się od dawna.
- Jeszcze dzisiaj... - . Wypuścił bezlitośnie moją dłoń.
♥
wtorek, 28 października 2014
Podziękowanie + Pozdrowienia ! <3 ;*
Hejka ! ;))
Po pierwsze chciałabym Wam gorąco podzękować, za 184 wejść !
WooW !! <3<3<3
Nie pomyślałabym, że na przełomie 2/3 dni będzie aż tyle wejść.
Gorąco Wam dziękuje i serdecznie Was pozdrawiam :*
Teraz wiem, że istnieje ktoś, dla kogo mogę pisać.
Że jest ktoś, kto czyta mojego bloga i kontroluje na bierząco, czy pojawiły się nowe posty w postaci dalszych części opowiadania :) !
Szkoda, że nie wiem, kto czyta mojego bloga, bo naprawdę uściskałabym Was jak najmocniej :* !
Chciałam jednak nieco wyróżnić Martuella ponieważ to ona jako pierwsza skomentowała mojego bloga, a to dla mnie znaczy bardzo, bardzoo dużo :) !
NIE BÓJCIE SIĘ KOMENTOWAĆ !!!
Tym sprawicie mi radochę :*
komentarze przecież mogą być różne :)
Możecie podpowiedzieć mi co mam zmienić w swoim blogu, czy też opowiadaniu. Nie obrażę się :3
Lub wyrażajcie swoją opinię, albo też dawajcie mi pomysły na nowe części <3 !
Mam nadzieję, że przełamiecie swoje lody :D Z góry dziękuję :)))
DZIĘKUJĘ JESZCZE 1 RAZ !!!
Bo to, że mam dla kogo pisać i sprawdzać ile mam wejść to dla mnie ma duże znaczenie <3
Kocham Was! Buźka ! :* :*
Hejka ! ;))
Po pierwsze chciałabym Wam gorąco podzękować, za 184 wejść !
WooW !! <3<3<3
Nie pomyślałabym, że na przełomie 2/3 dni będzie aż tyle wejść.
Gorąco Wam dziękuje i serdecznie Was pozdrawiam :*
Teraz wiem, że istnieje ktoś, dla kogo mogę pisać.
Że jest ktoś, kto czyta mojego bloga i kontroluje na bierząco, czy pojawiły się nowe posty w postaci dalszych części opowiadania :) !
Szkoda, że nie wiem, kto czyta mojego bloga, bo naprawdę uściskałabym Was jak najmocniej :* !
Chciałam jednak nieco wyróżnić Martuella ponieważ to ona jako pierwsza skomentowała mojego bloga, a to dla mnie znaczy bardzo, bardzoo dużo :) !
NIE BÓJCIE SIĘ KOMENTOWAĆ !!!
Tym sprawicie mi radochę :*
komentarze przecież mogą być różne :)
Możecie podpowiedzieć mi co mam zmienić w swoim blogu, czy też opowiadaniu. Nie obrażę się :3
Lub wyrażajcie swoją opinię, albo też dawajcie mi pomysły na nowe części <3 !
Mam nadzieję, że przełamiecie swoje lody :D Z góry dziękuję :)))
DZIĘKUJĘ JESZCZE 1 RAZ !!!
Bo to, że mam dla kogo pisać i sprawdzać ile mam wejść to dla mnie ma duże znaczenie <3
Kocham Was! Buźka ! :* :*
wtorek, 21 października 2014
Rozdział I ,,Ostatnie słowo'' cz. 3
Rozdział I ,, Ostatnie słowo''
,,Ktoś musi odejść''
Jeśli Ci na czymś zależy
puść to wolno.
Jeśli wróci - jest twoje.
Jeśli odejdzie - nigdy twoje nie było
Leżałam na ziemi nieruchomo, jakby martwa. Dosłownie tak się czułam....
Jednak otworzyłam oczy, żyłam. Podniosłam się resztkami sił, otrzepując się ze śniegu. Niedaleko zauważyłam swój rozbity samochód. Wokół niego pełno lekarzy, policjantów i jeden chłopak...
Jasper. Pobiegłam w jego stronę, nie zważając na swój stan. Biegłam resztkami sił, by po prostu znów móc rzucić mu się na szyje, otulić go, pocałować. Dotknąć...
Jednak jego spojrzenie zupełnie mnie omijało. Łapałam go za ręce, szarpałam... Nie spojrzał na mnie, nic nie powiedział. Płakał chodząc dookoła miejsca wypadku, pomijając mnie jak powietrze.
Niedaleko mojego samochodu leżała na ziemi dziewczyna... Długie, aksamitne włosy, czerwone usta, zaciśnięte oczy, nieruchoma... To ja... Patrzyłam na siebie, leżącą w śniegu stojąc obok.
-Obudź się! -
- Mia, obudź się! -
Łapałam się za głowę, padając na kolana obok swojego śpiącego ciała. Jasper tak samo jak ja uklęknął koło dziewczyny leżącej na ziemi. Dziewczyny, która była mną... Drugą Mią.
Karetka zabrała moje ciało na noszach jadąc do pobliskiego szpitala. Wbiegłam do karetki, a za mną Jasper trzymający za rękę moje głuche ciało leżące na noszy. Dojechaliśmy do szpitala.
Przeniesiono mnie do jednej z sal. Stałam obok łóżka, na którym leżało moje ciało.
Lekarka wyszeptała do niej, właściwie do mnie takie słowa
- Mia słyszysz mnie? To czy przeżyjesz, czy umrzesz zależy tylko od Ciebie. Musisz zawalczyć teraz o życie -
Marszczyłam brwi słuchając jej słów. Za szybą stał Jasper wpatrujący się w moje ciało w śpiączce.
Podbiegłam do szyby opierając się o nią, patrząc ukochanemu głęboko w oczy, które nie umiały mnie dostrzec. Mnie ? Prawdziwa Mia Hall leżała na szpitalnym łóżku w śpiączce, powoli umierając. Jednak to ja nie jestem prawdziwa, ja jestem od walki o życie prawdziwej Mii. To ode mnie zależy, czy ona będzie żyć, czy mój wybranek - Jasper. Osoba, która ma co zostawić na tym świecie.
Osoba, która przez ostatnie lata nadawała sens mojemu życiu, ukoił moje rany i po prostu był.
Ja mogłam dać mu serce od którego zależy jego życie, a ja wtedy odejdę. Umrę...
- Mia - szepnął Jasper patrzący na dziewczynę w śpiączce.
- Proszę stąd odejść, do Mii może wejść tylko rodzina - tłumaczyła mu lekarka.
Jednak ja nie mam już rodziny. Moi rodzice nie żyją, mam tylko jego. Tylko jego rękę mogę chwycić. Do szpitala przyjechali moi dziadkowie i Kim. Przyjaciółka, która faktycznie mnie kochała.
Która faktycznie też mnie nie zostawiła. Powoli się ściemniało.
Kim chwyciła Jaspera za kurtkę - Jasper odejdź, chodź stąd... Nie wpuszczą nas tutaj... -
Wyszli na balkon w szpitalu. Niebo było już całkiem ciemne, jasne były tylko gwiazdy.
Opierali się o barierkę, obydwoje płakali.
- Ostatnie dni mojego życia, ostatnie dni jej życia... Nie mogę jej utracić - Mówił przez łzy Jasper.
Kim tylko patrzyła na niego, prawdziwy smutek krył się w jej myślach. Jasper schował twarz pod dłońmi, ukrywając łzy. Widziałam jak cierpiał. Kim otuliła go mocno. Uroniła pojedynczą łzę, a potem dopadła i ją histeria. Ocierała łzy, a żal ukrywała pod uśmiechem skierowanym do Jaspera.
Oboje mnie opłakiwali, przypuszczali, że nie wrócę. Dla kogo właściwie miałabym wracać?
Moje życie było żałosne pod każdym względem. Odrzucona przez los, otoczona niepowodzeniem.
Tak właśnie wyglądało moje życie. Moi rodzice zmarli, miałam tylko dziadków, Kim i Jaspera, który także z czasem odchodził zostawiając mnie z ich trójką. Mogłam podarować mu serce, jedno z nas musiało odejść, to ja byłam bliżej końca...Zawieszona między niebem a ziemią...
Wróciłam do sali, w której leżało moje nieprzytomne ciało. Dziadek trzymał je za dłoń.
- Przez pewien czas nie miałem odwagi do Ciebie tutaj przyjść. Powiedzieć do Ciebie cokolwiek, bo chyba nie ma podpunktu, dla którego chciałabyś się wybudzić. Każdy kiedyś odejdzie, jeżeli Ty chcesz odejść teraz, to wiedz, że możesz Mio. Zrozumiem Cię. Jeśli musisz odejść - odejdź... -
Po policzkach dziadka spływały łzy. Mi samej jedna się uroiła. Złapałam go za dłoń, próbując go pocieszyć. Pocałował w czoło ciało Mii Hall i wyszedł z sali wypuszczając nieświadomie moją dłoń. Siedziałam pod ścianą zastanawiając się co mam zrobić. Jak mam postąpić... Nikt nie słyszał mojego głuchego wołania o pomoc. Byłam sama, musiałam podjąć decyzje, która odmieniłaby los mój, albo Jaspera. Za chwilę do sali weszła Kim. Usiadła na krześle obok szpitalnego łóżka.
Zrobiła się cała czerwona. Trzymała dłoń Mii i wtedy prawdziwie uwolniła swoje uczucia.
Wtedy pierwszy raz się rozpłakała. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam ją w takim stanie.
Pokazała nasze zdjęcie z ponad roku temu. Jak na mojej twarzy był codziennie niewymuszony uśmiech. Próbowała się uśmiechnąć i przez łzy powiedziała - Widzisz ? Potrafisz być szczęśliwa - zaśmiała się na przymus. - Wciąż masz rodzinę Mia - otarła łzy. Natomiast one ponownie zalały jej zarumienione policzka. Otuliła mocno prawdziwą Mie i wyszła. Cały czas ktoś przychodził, w taki sposób udowadniali mi, że jeszcze ktoś mi został. - Teraz chyba pora na mnie, co? - Otarł łzy Jasper i wymusił uśmiech. Jego oczy były zaślepione smutkiem. Wpatrzony w moje ciało powiedział cicho
- Zachowaj serduszko dla siebie. Moje pójdzie ze mną do nieba. Tylko zostań. Twoje serce nadal cicho bije, nadal tu jesteś i chcę żeby właśnie tak zostało. Ja też wciąż tu jestem, zakochany do obłędu, do ostatniej chwili... - Pocałował moją dłoń. Z jego oczu wypłynęła pojedyncza łza, która przyćmiła jego cudowny uśmiech, który tak kochałam. Padłam na kolana.
Te słowa wywierciły mi dziurę w sercu.
Zaczęłam płakać. Krzyczeć, że nie chcę już tego słuchać. Że chcę, aby to się już skończyło.
Serce Mii zaczęło bić w zbyt wolnym tempie. Lekarze wywieźli ciało na sale operacyjną,
wtedy podniosłam się z podłogi, a moje łzy przestały spływać. Szłam w stronę wyjścia na taras. Ujrzałam słońce, które poczułam na swoich oczach. Światło było coraz bliżej mnie.
Coraz piękniejsze... Dotknęłam szyby wpatrując się w promienie. Zacisnęłam powieki, a na swoim policzku po raz kolejny zawitała łza. Wszystko zaczęło do mnie wracać...
Pobiegłam w stronę sali operacyjnej, gdzie przewieziono moje ciało. Podeszłam do Mii, chwytając ją mocno za dłoń nabrałam głęboki oddech. Skierowałam ostatni raz wzrok na Jaspera.
Zamknęłam oczy i wyszeptałam - Mia, otwórz oczy - ...
Czasami to my decydujemy o swoim losie...
Jednak czasami jest tak, że to los decyduje o nas...
,,Ktoś musi odejść''
Jeśli Ci na czymś zależy
puść to wolno.
Jeśli wróci - jest twoje.
Jeśli odejdzie - nigdy twoje nie było
Leżałam na ziemi nieruchomo, jakby martwa. Dosłownie tak się czułam....
Jednak otworzyłam oczy, żyłam. Podniosłam się resztkami sił, otrzepując się ze śniegu. Niedaleko zauważyłam swój rozbity samochód. Wokół niego pełno lekarzy, policjantów i jeden chłopak...
Jasper. Pobiegłam w jego stronę, nie zważając na swój stan. Biegłam resztkami sił, by po prostu znów móc rzucić mu się na szyje, otulić go, pocałować. Dotknąć...
Jednak jego spojrzenie zupełnie mnie omijało. Łapałam go za ręce, szarpałam... Nie spojrzał na mnie, nic nie powiedział. Płakał chodząc dookoła miejsca wypadku, pomijając mnie jak powietrze.
Niedaleko mojego samochodu leżała na ziemi dziewczyna... Długie, aksamitne włosy, czerwone usta, zaciśnięte oczy, nieruchoma... To ja... Patrzyłam na siebie, leżącą w śniegu stojąc obok.
-Obudź się! -
- Mia, obudź się! -
Łapałam się za głowę, padając na kolana obok swojego śpiącego ciała. Jasper tak samo jak ja uklęknął koło dziewczyny leżącej na ziemi. Dziewczyny, która była mną... Drugą Mią.
Karetka zabrała moje ciało na noszach jadąc do pobliskiego szpitala. Wbiegłam do karetki, a za mną Jasper trzymający za rękę moje głuche ciało leżące na noszy. Dojechaliśmy do szpitala.
Przeniesiono mnie do jednej z sal. Stałam obok łóżka, na którym leżało moje ciało.
Lekarka wyszeptała do niej, właściwie do mnie takie słowa
- Mia słyszysz mnie? To czy przeżyjesz, czy umrzesz zależy tylko od Ciebie. Musisz zawalczyć teraz o życie -
Marszczyłam brwi słuchając jej słów. Za szybą stał Jasper wpatrujący się w moje ciało w śpiączce.
Podbiegłam do szyby opierając się o nią, patrząc ukochanemu głęboko w oczy, które nie umiały mnie dostrzec. Mnie ? Prawdziwa Mia Hall leżała na szpitalnym łóżku w śpiączce, powoli umierając. Jednak to ja nie jestem prawdziwa, ja jestem od walki o życie prawdziwej Mii. To ode mnie zależy, czy ona będzie żyć, czy mój wybranek - Jasper. Osoba, która ma co zostawić na tym świecie.
Osoba, która przez ostatnie lata nadawała sens mojemu życiu, ukoił moje rany i po prostu był.
Ja mogłam dać mu serce od którego zależy jego życie, a ja wtedy odejdę. Umrę...
- Mia - szepnął Jasper patrzący na dziewczynę w śpiączce.
- Proszę stąd odejść, do Mii może wejść tylko rodzina - tłumaczyła mu lekarka.
Jednak ja nie mam już rodziny. Moi rodzice nie żyją, mam tylko jego. Tylko jego rękę mogę chwycić. Do szpitala przyjechali moi dziadkowie i Kim. Przyjaciółka, która faktycznie mnie kochała.
Która faktycznie też mnie nie zostawiła. Powoli się ściemniało.
Kim chwyciła Jaspera za kurtkę - Jasper odejdź, chodź stąd... Nie wpuszczą nas tutaj... -
Wyszli na balkon w szpitalu. Niebo było już całkiem ciemne, jasne były tylko gwiazdy.
Opierali się o barierkę, obydwoje płakali.
- Ostatnie dni mojego życia, ostatnie dni jej życia... Nie mogę jej utracić - Mówił przez łzy Jasper.
Kim tylko patrzyła na niego, prawdziwy smutek krył się w jej myślach. Jasper schował twarz pod dłońmi, ukrywając łzy. Widziałam jak cierpiał. Kim otuliła go mocno. Uroniła pojedynczą łzę, a potem dopadła i ją histeria. Ocierała łzy, a żal ukrywała pod uśmiechem skierowanym do Jaspera.
Oboje mnie opłakiwali, przypuszczali, że nie wrócę. Dla kogo właściwie miałabym wracać?
Moje życie było żałosne pod każdym względem. Odrzucona przez los, otoczona niepowodzeniem.
Tak właśnie wyglądało moje życie. Moi rodzice zmarli, miałam tylko dziadków, Kim i Jaspera, który także z czasem odchodził zostawiając mnie z ich trójką. Mogłam podarować mu serce, jedno z nas musiało odejść, to ja byłam bliżej końca...Zawieszona między niebem a ziemią...
Wróciłam do sali, w której leżało moje nieprzytomne ciało. Dziadek trzymał je za dłoń.
- Przez pewien czas nie miałem odwagi do Ciebie tutaj przyjść. Powiedzieć do Ciebie cokolwiek, bo chyba nie ma podpunktu, dla którego chciałabyś się wybudzić. Każdy kiedyś odejdzie, jeżeli Ty chcesz odejść teraz, to wiedz, że możesz Mio. Zrozumiem Cię. Jeśli musisz odejść - odejdź... -
Po policzkach dziadka spływały łzy. Mi samej jedna się uroiła. Złapałam go za dłoń, próbując go pocieszyć. Pocałował w czoło ciało Mii Hall i wyszedł z sali wypuszczając nieświadomie moją dłoń. Siedziałam pod ścianą zastanawiając się co mam zrobić. Jak mam postąpić... Nikt nie słyszał mojego głuchego wołania o pomoc. Byłam sama, musiałam podjąć decyzje, która odmieniłaby los mój, albo Jaspera. Za chwilę do sali weszła Kim. Usiadła na krześle obok szpitalnego łóżka.
Zrobiła się cała czerwona. Trzymała dłoń Mii i wtedy prawdziwie uwolniła swoje uczucia.
Wtedy pierwszy raz się rozpłakała. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam ją w takim stanie.
Pokazała nasze zdjęcie z ponad roku temu. Jak na mojej twarzy był codziennie niewymuszony uśmiech. Próbowała się uśmiechnąć i przez łzy powiedziała - Widzisz ? Potrafisz być szczęśliwa - zaśmiała się na przymus. - Wciąż masz rodzinę Mia - otarła łzy. Natomiast one ponownie zalały jej zarumienione policzka. Otuliła mocno prawdziwą Mie i wyszła. Cały czas ktoś przychodził, w taki sposób udowadniali mi, że jeszcze ktoś mi został. - Teraz chyba pora na mnie, co? - Otarł łzy Jasper i wymusił uśmiech. Jego oczy były zaślepione smutkiem. Wpatrzony w moje ciało powiedział cicho
- Zachowaj serduszko dla siebie. Moje pójdzie ze mną do nieba. Tylko zostań. Twoje serce nadal cicho bije, nadal tu jesteś i chcę żeby właśnie tak zostało. Ja też wciąż tu jestem, zakochany do obłędu, do ostatniej chwili... - Pocałował moją dłoń. Z jego oczu wypłynęła pojedyncza łza, która przyćmiła jego cudowny uśmiech, który tak kochałam. Padłam na kolana.
Te słowa wywierciły mi dziurę w sercu.
Zaczęłam płakać. Krzyczeć, że nie chcę już tego słuchać. Że chcę, aby to się już skończyło.
Serce Mii zaczęło bić w zbyt wolnym tempie. Lekarze wywieźli ciało na sale operacyjną,
wtedy podniosłam się z podłogi, a moje łzy przestały spływać. Szłam w stronę wyjścia na taras. Ujrzałam słońce, które poczułam na swoich oczach. Światło było coraz bliżej mnie.
Coraz piękniejsze... Dotknęłam szyby wpatrując się w promienie. Zacisnęłam powieki, a na swoim policzku po raz kolejny zawitała łza. Wszystko zaczęło do mnie wracać...
![]() |
Zamknęłam oczy i wyszeptałam - Mia, otwórz oczy - ...
Czasami to my decydujemy o swoim losie...
Jednak czasami jest tak, że to los decyduje o nas...
Info. ;33
Info. ;3
O tak moi kochani !
Jeżeli czytacie mojego bloga, oraz czekacie na następną część, to koniecznie doczytajcie informacje do końca. !
Jeśli czytaliście już II część pierwszego rozdziału, to przeczytajcie jeszcze raz końcówkę, bo dopisałam smutne zakończenie drugiej części, oraz powiązanie z częścią 3 (ostatnią).
Nie bójcie się jednak !
To nie oznacza koniec opowiadań.
To oznacza rozpoczęcie........
3 ROZDZIAŁU!!! ;))
Tak więc każdy rozdział będzie składał się z 3 części.
m.in. Przepraszam za moją dosyć długą nieobecność tutaj, jednak wam to wynagrodzę, ponieważ część 3 opowiadania, pojawi się za jakąś godzinę/ dwie. To zależy już od mojej weny twórczej ;D
Natomiast wena, czy nie wena 3 część pojawi się dzisiaj.
Jeśli macie jakieś pytania, lub coś co chcecie mi po prostu powiedzieć to piszcie w komentarzach pod tym postem, a obiecuję na wszystkie odpowiedzieć :)!
Mam nadzieję, że zakończenie 3 rozdziału będzie Wam się podobać i skończy się zarówno wzruszająco, jak i pomyślnie. Mam też cichą nadzieję, że dobijecie do 100 wejść i uradujecie moje serducho, które pisze to wszystko tylko dla Was ! <3
Pamiętajcie, że Was kocham, każdego z osobna :)
Papa
O tak moi kochani !
Jeżeli czytacie mojego bloga, oraz czekacie na następną część, to koniecznie doczytajcie informacje do końca. !
Jeśli czytaliście już II część pierwszego rozdziału, to przeczytajcie jeszcze raz końcówkę, bo dopisałam smutne zakończenie drugiej części, oraz powiązanie z częścią 3 (ostatnią).
Nie bójcie się jednak !
To nie oznacza koniec opowiadań.
To oznacza rozpoczęcie........
3 ROZDZIAŁU!!! ;))
Tak więc każdy rozdział będzie składał się z 3 części.
m.in. Przepraszam za moją dosyć długą nieobecność tutaj, jednak wam to wynagrodzę, ponieważ część 3 opowiadania, pojawi się za jakąś godzinę/ dwie. To zależy już od mojej weny twórczej ;D
Natomiast wena, czy nie wena 3 część pojawi się dzisiaj.
Jeśli macie jakieś pytania, lub coś co chcecie mi po prostu powiedzieć to piszcie w komentarzach pod tym postem, a obiecuję na wszystkie odpowiedzieć :)!
Mam nadzieję, że zakończenie 3 rozdziału będzie Wam się podobać i skończy się zarówno wzruszająco, jak i pomyślnie. Mam też cichą nadzieję, że dobijecie do 100 wejść i uradujecie moje serducho, które pisze to wszystko tylko dla Was ! <3
Pamiętajcie, że Was kocham, każdego z osobna :)
Papa
czwartek, 16 października 2014
Rozdział I ,,Ostatnie słowo'' cz. 2
Rozdział I ,,Ostatnie słowo''
,,Bo zrobiłaby dla niego wszystko''
Złap mnie za rękę.
Dlaczego?
Bo chcę czuć, że jesteś tu ze mną...
że to nie sen po którym znikniesz...
Siedziałam mu na kolanach, wtulona w jego chłodne ciało, które dla mnie wydawało się idealnie ciepłe. Rozmawialiśmy jak za starych dobrych lat. Jak wtedy, gdy wydawało nam się, że nic nie stanie nam na drodze do szczęścia. A tu proszę, niespodziewanie śmierć zapukała do jego drzwi...
A on ? - otworzył je bezmyślnie.
- Pamiętasz, co mi obiecałeś? -
- Co takiego? -
- Że zostaniesz, aż do końca wszystkiego. -
- Owszem. Dopóki koniec nie nadejdzie będę tu z Tobą. Do ostatniej godziny będę Cię kochał...-
Opuściłam głowę, próbując zatamować łzy wyciekające z pod moich powiek. Tak od tamtej pory wyglądał każdy kolejny mój wieczór, jak i dzień. Rozmawiając przez łzy z Jasperem, zastanawiając się, czy to nie jest przypadkiem ta ostatnia rozmowa. Rozmawialiśmy, aż do białego rana, tak jak to zwykliśmy robić przez ostatnie miesiące. Gdy tylko otworzyłam oczy cmoknęłam w czoło Jaspera leżącego obok mnie na łóżku w sypialni. Wyciągnęłam z szafy czarną sukienkę ze stójką. Stanęłam przed lustrem zaznaczając usta ciemno-krwistą szminką. Zamalowując czarnym tuszem powieki, pod którymi kryły się łzy, który umiał dostrzec tylko On. Jako jedyny. Zarzuciłam czarny płaszcz i zatrzasnęłam drzwi. Poszłam w miejsce, którego nienawidziłam - cmentarz. Tam byli pochowani moi rodzice. Klęknęłam obok grobu. Dopadł mnie atak paniki. Nie umiałam zaczerpnąć powietrza. Czułam spadek ciśnienia w swoim ciele. Przed oczami zaczęło robić mi się ciemno...
-Czy to śmierć?- to mnie zastanawiało.
Położyłam się na ziemi. Na twarzy czułam spadające na mnie płatki śniegu z nieba.
Patrzyłam w górę widząc ciemność. Zamknęłam oczy. Podniosłam głowę, biorąc głęboki oddech.
Poczułam pojedynczą łzę na moim policzku, którą odruchowo otarłam.
- Czuję, że żyję. Czuję, ponieważ odczuwam ból, który odczuwa się przez życie.
Żałuję, że w dniu Waszego odejścia stąd nie pobiegłam za Wami do nieba. Moje cholerne cierpienie nie trwałoby tyle, co trwa teraz. Musiałam zrobić po swojemu. Znalazłam miłość, która odchodzi równie szybko, jak i wszystko co miałam. I co? Zostanę sama? O nie, tym razem tak nie będzie. Ja też odejdę i nie wrócę tu, gdzie życie boli bardziej, niż nie jedna rana otwarta.-
Zerwałam łańcuszek z szyi, wyrzucając go jak najdalej stąd. Nie zasługuję na niego. Powinien wisieć na ciele osoby silnej, nie takiej jak ja. Jestem tchórzem... Chcę umrzeć, aby uniknąć cierpienia.
A przecież nigdy nie pokazywałam swojej słabości. Dbałam o tytuł silnej. Lecz taka nie byłam.
Po prostu nie doświadczyłam bólu, który wywołuje niechęć do życia. Wydawało mi się, że podniosłabym się po silnym ciosie, jednak teraz wiem, że leżałabym na ziemi, czekając aż życie ustąpi i zostawi mnie w spokoju...
Poszłam do domu, kierując puste spojrzenie przed siebie.
Wchodząc do domu stanęłam przed lustrem. Zmyłam tą przerażającą szminkę, której nienawidziłam. Jasper popatrzył na mnie z wyrzutem.
- Nie masz go. - Zmarszczył brwi.
- Już nie. - Odpowiadając na to pytanie, czułam się jak pobity pies.
Złapał mnie za rękę odgarniając moje włosy z twarzy. Całując mnie delikatnie po szyi.
Wyszeptał - Muszę odejść. -
- Przecież jeszcze tu jesteś, jeszcze żyjesz. - odtrąciłam go od siebie.
- Muszę odejść zanim będzie za późno. - próbował się usprawiedliwić.
Zamurowało mnie. Cała zdrętwiałam. Zauważyłam, że przy drzwiach wejściowych stoi walizka.
- A jeśli Cię wyleczą? Wrócisz? - Cała się trzęsłam,
- Choroba serca to nie grypa. Od niego zależy życie. Jeżeli nie będę mieć przeszczepu to... Umrę.-
- Od mojego życia zależysz Ty. To Ty trzymasz mnie przy życiu. - Próbowałam bezskutecznie błagać go, aby został ze mną.
Ujął w dłonie moją głowę, mocno całując mnie w czoło.
- Obiecaj mi coś. - Płakał tak jak ja.
- Co?...- Zapytałam resztkami sił.
- Bezwzględnie na to co się stanie, zostaniesz przy życiu...- po policzku spłynęła mu łza
Wszystkie rzeczy już spakowałam, wrzuciłam do walizki i zapięłam na ostatni guzik. Minęły dwa miesiące od odejścia Jaspera, pogubiłam się w tym co się dzieje. Straciłam równowagę. Wsiadłam do samochodu , jechałam przez dłuższy czas w histerii, nie skupiając się na drodze. Ulice były śliskie od lodu, na szybie pełno płatków śniegu...
W pewnym momencie poczułam, jak serce zaczyna mi łomotać jeszcze bardziej.
Łzy były coraz gęstsze, a mi samej powoli zaczynało brakować powietrza. Chciałam zawrócić, tego najbardziej chciałam. Żyłam według schematu, a nagle stało się to... Pisk opon na śniegu, samochód jadący naprzeciw mnie, mój wóz uderzający o bok drugiego i mój krzyk w ostatniej chwili...
,,Bo zrobiłaby dla niego wszystko''
Złap mnie za rękę.
Dlaczego?
Bo chcę czuć, że jesteś tu ze mną...
że to nie sen po którym znikniesz...
Siedziałam mu na kolanach, wtulona w jego chłodne ciało, które dla mnie wydawało się idealnie ciepłe. Rozmawialiśmy jak za starych dobrych lat. Jak wtedy, gdy wydawało nam się, że nic nie stanie nam na drodze do szczęścia. A tu proszę, niespodziewanie śmierć zapukała do jego drzwi...
A on ? - otworzył je bezmyślnie.
- Pamiętasz, co mi obiecałeś? -
- Co takiego? -
- Że zostaniesz, aż do końca wszystkiego. -
- Owszem. Dopóki koniec nie nadejdzie będę tu z Tobą. Do ostatniej godziny będę Cię kochał...-
Opuściłam głowę, próbując zatamować łzy wyciekające z pod moich powiek. Tak od tamtej pory wyglądał każdy kolejny mój wieczór, jak i dzień. Rozmawiając przez łzy z Jasperem, zastanawiając się, czy to nie jest przypadkiem ta ostatnia rozmowa. Rozmawialiśmy, aż do białego rana, tak jak to zwykliśmy robić przez ostatnie miesiące. Gdy tylko otworzyłam oczy cmoknęłam w czoło Jaspera leżącego obok mnie na łóżku w sypialni. Wyciągnęłam z szafy czarną sukienkę ze stójką. Stanęłam przed lustrem zaznaczając usta ciemno-krwistą szminką. Zamalowując czarnym tuszem powieki, pod którymi kryły się łzy, który umiał dostrzec tylko On. Jako jedyny. Zarzuciłam czarny płaszcz i zatrzasnęłam drzwi. Poszłam w miejsce, którego nienawidziłam - cmentarz. Tam byli pochowani moi rodzice. Klęknęłam obok grobu. Dopadł mnie atak paniki. Nie umiałam zaczerpnąć powietrza. Czułam spadek ciśnienia w swoim ciele. Przed oczami zaczęło robić mi się ciemno...
-Czy to śmierć?- to mnie zastanawiało.
Położyłam się na ziemi. Na twarzy czułam spadające na mnie płatki śniegu z nieba.
Patrzyłam w górę widząc ciemność. Zamknęłam oczy. Podniosłam głowę, biorąc głęboki oddech.
Poczułam pojedynczą łzę na moim policzku, którą odruchowo otarłam.
- Czuję, że żyję. Czuję, ponieważ odczuwam ból, który odczuwa się przez życie.
Żałuję, że w dniu Waszego odejścia stąd nie pobiegłam za Wami do nieba. Moje cholerne cierpienie nie trwałoby tyle, co trwa teraz. Musiałam zrobić po swojemu. Znalazłam miłość, która odchodzi równie szybko, jak i wszystko co miałam. I co? Zostanę sama? O nie, tym razem tak nie będzie. Ja też odejdę i nie wrócę tu, gdzie życie boli bardziej, niż nie jedna rana otwarta.-
Zerwałam łańcuszek z szyi, wyrzucając go jak najdalej stąd. Nie zasługuję na niego. Powinien wisieć na ciele osoby silnej, nie takiej jak ja. Jestem tchórzem... Chcę umrzeć, aby uniknąć cierpienia.
A przecież nigdy nie pokazywałam swojej słabości. Dbałam o tytuł silnej. Lecz taka nie byłam.
Po prostu nie doświadczyłam bólu, który wywołuje niechęć do życia. Wydawało mi się, że podniosłabym się po silnym ciosie, jednak teraz wiem, że leżałabym na ziemi, czekając aż życie ustąpi i zostawi mnie w spokoju...
Poszłam do domu, kierując puste spojrzenie przed siebie.
Wchodząc do domu stanęłam przed lustrem. Zmyłam tą przerażającą szminkę, której nienawidziłam. Jasper popatrzył na mnie z wyrzutem.
- Nie masz go. - Zmarszczył brwi.
- Już nie. - Odpowiadając na to pytanie, czułam się jak pobity pies.
Złapał mnie za rękę odgarniając moje włosy z twarzy. Całując mnie delikatnie po szyi.
Wyszeptał - Muszę odejść. -
- Przecież jeszcze tu jesteś, jeszcze żyjesz. - odtrąciłam go od siebie.
- Muszę odejść zanim będzie za późno. - próbował się usprawiedliwić.
Zamurowało mnie. Cała zdrętwiałam. Zauważyłam, że przy drzwiach wejściowych stoi walizka.
- A jeśli Cię wyleczą? Wrócisz? - Cała się trzęsłam,
- Choroba serca to nie grypa. Od niego zależy życie. Jeżeli nie będę mieć przeszczepu to... Umrę.-
- Od mojego życia zależysz Ty. To Ty trzymasz mnie przy życiu. - Próbowałam bezskutecznie błagać go, aby został ze mną.
Ujął w dłonie moją głowę, mocno całując mnie w czoło.
- Obiecaj mi coś. - Płakał tak jak ja.
- Co?...- Zapytałam resztkami sił.
- Bezwzględnie na to co się stanie, zostaniesz przy życiu...- po policzku spłynęła mu łza
Później słyszałam tylko trzask drzwi. Moja histeria ustąpiła. Usiadłam przed oknem, czekając na jakikolwiek znak. Wyszukując sensu mojego dalszego życia. Nie chciałam zawieść Jaspera... Siebie... Rodziców, którzy czuwają nade mną z góry...
Jednak, śmierć za osobę, którą się kocha to dobra śmierć...
Bo w końcu zrobiłabym dla niego wszystko...
Wszystkie rzeczy już spakowałam, wrzuciłam do walizki i zapięłam na ostatni guzik. Minęły dwa miesiące od odejścia Jaspera, pogubiłam się w tym co się dzieje. Straciłam równowagę. Wsiadłam do samochodu , jechałam przez dłuższy czas w histerii, nie skupiając się na drodze. Ulice były śliskie od lodu, na szybie pełno płatków śniegu...
W pewnym momencie poczułam, jak serce zaczyna mi łomotać jeszcze bardziej.
Łzy były coraz gęstsze, a mi samej powoli zaczynało brakować powietrza. Chciałam zawrócić, tego najbardziej chciałam. Żyłam według schematu, a nagle stało się to... Pisk opon na śniegu, samochód jadący naprzeciw mnie, mój wóz uderzający o bok drugiego i mój krzyk w ostatniej chwili...
Rozdział I ,,Ostatnie słowo''
Rozdział I ,,Ostatnie słowo''
,,Ostatnie słowo''
Będę sama.
Serce zaczyna mi łomotać.
Zbliża się atak paniki.
O, Boże.
Lecz tym razem wiem, co powinnam zrobić.
Czekam.
Czekam, aż minie...
Leżałam na ziemi wijąc się z bólu. Wiedziałam co mnie czeka - samotność... Po wieki. Po chwili lekarka wyszła z sali operacyjnej. Musiała zbierać mnie z podłogi. Moi rodzice odeszli na zawsze.
~~Ostatnie słowo pamięta się najdłużej~~
Ostatnie wypowiedziane słowo przeze mnie do nich to -Do widzenia-. Chodź łudziłam się z nadzieją, że jeszcze ich zobaczę, jeszcze coś do nich powiem. Nie udało się. Zaczął padać deszcz.
Biegłam po ciemku przez park. W oddali zauważyłam męską sylwetkę. Stanęłam w miejscu. Nie chciałam uciekać przed śmiercią... Jeżeli nadeszła by za chwilę - byłam na nią gotowa. Najważniejsze było to, że już się jej nie bałam...
~~Śmierć jest łatwa, szybka... To życie jest trudniejsze...~~
Chłopak podszedł do mnie, a ja tylko obserwowałam jego ruchy. Dotknął mojej klatki piersiowej, moje serce zaczęło mi łomotać. On jednak delikatnie uśmiechnął się pod nosem. Poczułam jak po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Stałam osłupiała, a on trzymał moje ramiona. Wypowiedział jedno słowo. Tylko jedno -Zostań.-.
I tak minął jeden lepszy dzień od mojego osierocenia. Mijały te dni jeden po drugim. Jeden lepszy od poprzedniego, gorszy od następnego... Wiedziałam jednak jedno. Tamtej nocy mogłam umrzeć na własne życzenie... Nie uciekałam. Stałam tylko w jednym miejscu zgadując co będzie dalej. Chodź tak naprawdę nie widziałam sensu w życiu na ziemi. Dla kogo miałabym o nie wtedy zawalczyć? Śmierć to była jedyna ucieczka przed samotnością, cierpieniem i bólem jakie było w moim sercu. Tak. Właśnie tak się czułam. Jednak poznałam inne uczucie, niż tylko żal... Miłość. Miłość, którą dostawałam każdego dnia od Jaspera. Każdego dnia, poranka, nocy i wieczoru. Aż do śmierci, która odbierze nam to co mamy. A wtedy znowu uczucie samotności się powtórzy i wszystko zniknie.
Na zawsze, przed ostatnim słowem...
Dwa lata - dokładnie tyle minęło od stracenia wszystkiego co kochałam najbardziej, rodziców. Tego, czego nie sposób odzyskać nigdy. Jedyne, co mi po nich zostało, to naszyjnik, którego od tych dwóch lat nie miałam odwagi założyć.
Nadeszła ta godzina, w której należy przełamać lody. Zacisnęłam mocno pięść, w której trzymałam łańcuszek. Stanęłam przed lustrem. Dotknęłam delikatnie swojej szyi. W progu stanął Jasper, kontrolujący każdy mój ruch.
Założyłam go. Od teraz będzie ze mną, aż do ostatniego dnia.
Tak dokładnie pomyślałam, jeżeli nie pęknie mi serce, zatrzymam go przy sobie. Na swoim ciele. Popatrzyłam na chłopaka patrzącego na mnie z żalem w oczach.
- Od dzisiaj, to on będzie przy Tobie na zawsze. - powiedział ujmując moją twarz w dłonie.
- Razem z Tobą. - pocałowałam jego policzek.
- Aż do końca wszystkiego. - delikatnie musnął moje usta, ze łzami w oczach.
Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym odwróciłam się w stronę lustra. Dostrzegłam coś, czego nie zauważyłam wcześniej. Bladą dziewczynę, o wychudzonej sylwetce.
Błądziłam myśląc, że jestem już szczęśliwa. Moje odbicie mówiło coś zupełnie innego. Łza spłynęła po moim policzku, a Jasper odwrócił tylko wzrok. Podeszłam bliżej lustra, zadając sobie pytanie, czy tak wygląda szczęście? O nie, to tylko iluzja szczęścia. Rzeczywistość mówi co innego. Zauważyłam, że jestem sama w pokoju. Wyjrzałam z progu. Koło okna klęczał Jasper. Płakał tak mocno, jak ja wtedy w parku. Zbliżyłam się do niego, opierając dłoń na jego ramionach.
- Co byś zrobiła, gdybym odszedł? - zapytał przez łzy.
- Poczekałabym na Ciebie. - Uklęknęłam koło niego patrząc mu głęboko w szkliste oczy.
- A gdybym odszedł na zawsze? - Otarł łzy.
- Odeszłabym razem z Tobą.- ...
,,Ostatnie słowo''
![]() |
Będę sama.
Serce zaczyna mi łomotać.
Zbliża się atak paniki.
O, Boże.
Lecz tym razem wiem, co powinnam zrobić.
Czekam.
Czekam, aż minie...
Leżałam na ziemi wijąc się z bólu. Wiedziałam co mnie czeka - samotność... Po wieki. Po chwili lekarka wyszła z sali operacyjnej. Musiała zbierać mnie z podłogi. Moi rodzice odeszli na zawsze.
~~Ostatnie słowo pamięta się najdłużej~~
Ostatnie wypowiedziane słowo przeze mnie do nich to -Do widzenia-. Chodź łudziłam się z nadzieją, że jeszcze ich zobaczę, jeszcze coś do nich powiem. Nie udało się. Zaczął padać deszcz.
Biegłam po ciemku przez park. W oddali zauważyłam męską sylwetkę. Stanęłam w miejscu. Nie chciałam uciekać przed śmiercią... Jeżeli nadeszła by za chwilę - byłam na nią gotowa. Najważniejsze było to, że już się jej nie bałam...
~~Śmierć jest łatwa, szybka... To życie jest trudniejsze...~~
Chłopak podszedł do mnie, a ja tylko obserwowałam jego ruchy. Dotknął mojej klatki piersiowej, moje serce zaczęło mi łomotać. On jednak delikatnie uśmiechnął się pod nosem. Poczułam jak po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Stałam osłupiała, a on trzymał moje ramiona. Wypowiedział jedno słowo. Tylko jedno -Zostań.-.
I tak minął jeden lepszy dzień od mojego osierocenia. Mijały te dni jeden po drugim. Jeden lepszy od poprzedniego, gorszy od następnego... Wiedziałam jednak jedno. Tamtej nocy mogłam umrzeć na własne życzenie... Nie uciekałam. Stałam tylko w jednym miejscu zgadując co będzie dalej. Chodź tak naprawdę nie widziałam sensu w życiu na ziemi. Dla kogo miałabym o nie wtedy zawalczyć? Śmierć to była jedyna ucieczka przed samotnością, cierpieniem i bólem jakie było w moim sercu. Tak. Właśnie tak się czułam. Jednak poznałam inne uczucie, niż tylko żal... Miłość. Miłość, którą dostawałam każdego dnia od Jaspera. Każdego dnia, poranka, nocy i wieczoru. Aż do śmierci, która odbierze nam to co mamy. A wtedy znowu uczucie samotności się powtórzy i wszystko zniknie.
Na zawsze, przed ostatnim słowem...
Dwa lata - dokładnie tyle minęło od stracenia wszystkiego co kochałam najbardziej, rodziców. Tego, czego nie sposób odzyskać nigdy. Jedyne, co mi po nich zostało, to naszyjnik, którego od tych dwóch lat nie miałam odwagi założyć.
Nadeszła ta godzina, w której należy przełamać lody. Zacisnęłam mocno pięść, w której trzymałam łańcuszek. Stanęłam przed lustrem. Dotknęłam delikatnie swojej szyi. W progu stanął Jasper, kontrolujący każdy mój ruch.
Założyłam go. Od teraz będzie ze mną, aż do ostatniego dnia.
Tak dokładnie pomyślałam, jeżeli nie pęknie mi serce, zatrzymam go przy sobie. Na swoim ciele. Popatrzyłam na chłopaka patrzącego na mnie z żalem w oczach.
- Od dzisiaj, to on będzie przy Tobie na zawsze. - powiedział ujmując moją twarz w dłonie.
- Razem z Tobą. - pocałowałam jego policzek.
- Aż do końca wszystkiego. - delikatnie musnął moje usta, ze łzami w oczach.
Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym odwróciłam się w stronę lustra. Dostrzegłam coś, czego nie zauważyłam wcześniej. Bladą dziewczynę, o wychudzonej sylwetce.
Błądziłam myśląc, że jestem już szczęśliwa. Moje odbicie mówiło coś zupełnie innego. Łza spłynęła po moim policzku, a Jasper odwrócił tylko wzrok. Podeszłam bliżej lustra, zadając sobie pytanie, czy tak wygląda szczęście? O nie, to tylko iluzja szczęścia. Rzeczywistość mówi co innego. Zauważyłam, że jestem sama w pokoju. Wyjrzałam z progu. Koło okna klęczał Jasper. Płakał tak mocno, jak ja wtedy w parku. Zbliżyłam się do niego, opierając dłoń na jego ramionach.
- Co byś zrobiła, gdybym odszedł? - zapytał przez łzy.
- Poczekałabym na Ciebie. - Uklęknęłam koło niego patrząc mu głęboko w szkliste oczy.
- A gdybym odszedł na zawsze? - Otarł łzy.
- Odeszłabym razem z Tobą.- ...
Po raz pierwszy
Po raz pierwszy, krok po kroku...
Blogowe sekrety...
Hej wszystkim!
A więc to mój pierwszy blog i dopiero uczę się co i jak. Blog będzie opierał się na poruszających opowiadaniach w rozdziałach i częściach. ;) Coś w stylu kartki z pamiętnika.
Główna aktorka, to Mia Hall. ;3
Blogowe sekrety...
Hej wszystkim!
A więc to mój pierwszy blog i dopiero uczę się co i jak. Blog będzie opierał się na poruszających opowiadaniach w rozdziałach i częściach. ;) Coś w stylu kartki z pamiętnika.
Główna aktorka, to Mia Hall. ;3
Zawsze lubiłam pisać tego typu opowiadania, jednak nigdy nie dla kogoś, tylko dla samej siebie. Teraz jednak coś się we mnie przełamało i będę pisać dla Was.
Mam nadzieję, że opowiadania Wam się spodobają.
Pa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












