Jedno opowiadanie ... -
- Daisy White
,, Leave ''
Doskonale pamiętam ten dzień, który na tak długo utkwił mi w głowie. Mała, niewinna dziewczynka siedząca niedaleko domu, na dużym polu. Zrywała kwiaty i składała z nich wianek dla mamy. Mieszkała w zacisznym miejscu, na końcu miasta. Dom, w którym mieszkała był jedyny w tamtym miejscu. Nigdy nie miała do czynienia ze swoimi rówieśnikami. Jej matka uważała, że oni ją wyniszczą, a ta stoczy się na dno. Długowłosa, siedmioletnia dziewczynka o mlecznej cerze nigdy w to nie wnikała. Była uczona, że to co mówi mama jest świętą racją. Daisy - tak brzmiało jej imię.
Mieszkała dokładnie z tylko jedną osobą, mamą Clarą. Clara robiła coś w kuchni, jednak starała się nie odwracać wzroku od okna, przez które doskonale widziała mnie, Daisy. Skupiona na przeplataniu stokrotek nie obserwowałam tego co dzieje się wokół. Miałam się podnieść, jednak przede mną stanął pewien mężczyzna, którego nigdy nie widziałam. Przestraszyłam się, a w skutek tego upadłam na ziemię i zniszczyłam swój cudowny wianek. Przeraziłam się tym, że zobaczyłam mężczyznę. Jedyną twarz jaką w życiu spotkałam to była moja mama, nigdy nikogo innego nie przejrzałam na oczy. Facet uśmiechnął się tajemniczo i uklęknął obok mnie. Patrzyłam na niego z lękiem w oczach, które w słońcu przybierały kolor bursztynowy.
- Nie musisz się mnie bać, jestem Stephan. - Uścisnął lekko moją dłoń.
Obróciłam głowę w stronę okna, w którym stała mama wykrzykująca moje imię.
Stephan spojrzał na mamę i powiedział do mnie grobowym głosem
- Widzę, że mamusia jest w domu. Posiedź tu sobie, a ja pójdę się z nią przywitać. -.
Rozchyliłam lekko zdrętwiałe wargi, próbując coś powiedzieć. Nieznajomy mężczyzna ruszył w kierunku naszego domu. Siedziałam na ziemi jak sparaliżowana. Nie umiałam nic zrobić, nic powiedzieć. Jednak po paru minutach się otrząsnęłam i skierowałam wzrok ku oknie, w którym chwilę temu stała mama. W oknie nie było już nikogo, a człowiek, którego nie znałam, po prostu zniknął. Popędziłam w kierunku domu ze zniszczonym wiankiem w ręku, który bardziej wtedy przypominał bukiet. Wołałam mamę tak głośno na tyle ile umiałam. W domu jednak panowała głucha cisza. Wtedy wołałam przez łzy jeszcze głośniej i głośniej, aż w końcu w progu kuchni ujrzałam ciało nieprzytomnej Clary. Bukiet kwiatów upadł na podłogę, a mi płacz zastąpił przeraźliwy krzyk i wołanie mamy. Padłam zdruzgotana na kolana, próbując wybudzić mamę z niekończącego się snu.
Ta jednak ani drgnęła. Cała trzęsłam, serce zaczęło mi łomotać. Usłyszałam skrzypienie podłogi koło frontowych drzwi. Jedyne co mi przychodziło w tamtej chwili na myśl, to to, że Stephan wrócił, aby pozbawić życia i mnie. Zapłakana, blada i załamana w białej sukience stanęłam w progu kuchni. Kolejny obcy człowiek, którego nigdy nie poznałam, stanął przede mną. Patrzyłam na niego oddając mu się w duchu i padając przed nim na kolana. Facet złapał się za głowę, próbując mnie podnieść z podłogi. Gdy stanęłam na równych nogach, mężczyzna wyjawił mi, iż jest moim ojcem i, że nie muszę się go obawiać. Gdy wypowiedział te słowa grunt załamał mi się pod nogami. Czy to jakiś spisek? Te same słowa, kolejna obca twarz. Nie miałam siły ociekać, krzyczeć, bronić się. Po prostu straciłam przytomność, a gdy otworzyłam oczy wszystko było inne. Leżałam w obcym łóżku, przykryta po czubek nosa jasno - brązowym kocem. Na krześle obok łóżka siedział zmartwiony mężczyzna, którego widziałam tuż przed omdleniem. Właśnie trzymał mnie za dłoń. W tym samym pomieszczeniu siedziała na parapecie długowłosa blondynka, która była mniej więcej w wieku mamy, może niewiele młodsza. Facet bacznie mi się przyglądał podbitym wzrokiem, jednak kobieta wlepiała wzrok w okno. Na półkach były moje zdjęcia. Zarówno sprzed laty, jak i te z niedawna. Nabrałam głęboki oddech i niepewnie otworzyłam oczy. Mężczyzna wyszeptał moje imię, a w jego oku zawitała łza.
- K-kim jesteś ? - Skarciłam go wyplątując dłoń z jego uścisku.
- Daise ja jestem... Ja jestem twoim ojcem... - powiedział grobowym głosem.
Uchyliłam usta ze zdziwienia i jednocześnie wytrzeszczyłam oczy.
OSIEM LAT PÓŹNIEJ
Stał wpatrzony w lustro z widocznym zażenowaniem w oczach.
- Tato ? ... - Pomachałam mu dłonią przed oczami.
- Jestem, przecież - Odparł grobowym głosem.
- Znowu wyjeżdżasz, tak? - Zmarszczyłam brwi.
Ojciec jednak kiwnął tylko głową nic nie mówiąc.
- Mam zostać sama ? Znowu ? - Wykrzyczałam.
Nagle podbiegła do nas blondynka wymachując rękami. Byłam jednak zbyt dobita, żeby usłyszeć jej krzyki i obelgi. Po chwili zrozumiałam, że jestem już sama w domu. Wysłałam wiadomość do taty
,,Nienawidzę was''. Do mamy nigdy bym tak nie powiedziała, jednak dziewczynka, która żyła we mnie osiem lat temu gdzieś zniknęła w tych problemach i rozczarowaniach. Dobrze wiedziałam co robię źle. Widziałam jak się staczam i wyniszczam do zera. Zaczęłam pić, zażywać narkotyki, palić, nawet zaczęłam się samookaleczać. Jednak, gdyby ktoś ocenił mnie po okładce, pomyślałby, że jestem porządną, miłą piętnastoletnią dziewczyną. Zawsze byłam schludnie ubrana, w najnowsze ciuchy, bo ojciec martwił się, że ktoś pomyśli, że jesteśmy z ubogiej rodziny, a przecież on musiał mieć idealną reputację w mieście. Jednak tłumiłam w głębi duszy nienawiść i odrazę. Nienawidziłam się za to kim jestem i za to co robię. Gdy spojrzałam na siebie w lustrze, od rzazu wszystko co złe i to, czego tak bardzo nienawidziłam do mnie wracało. Właściwie, to cieszę się, że ludzie oceniają po okładce.
Minął miesiąc odkąd tata wyjechał z narzeczoną. Gdy weszłam do domu spodziewałam się krzyków i awantur, jak zawsze. Jednak oni nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Po prostu przechodzili obojętnie, jakby mijali się z powietrzem. Spojrzałam na ojca z tłumiącą się w środku nienawiścią w oczach, jednak on tylko na mnie zerknął i poszedł w swoją stronę. W moich oczach zawitały łzy, które natychmiast otarłam. Może dlatego, że przez to co przeszłam nie okazuję już żadnych uczuć, żeby nikt nie dostrzegł moich słabych punktów. Rzuciłam torbę w kąt i wybiegłam z domu zrozpaczona. Była mniej więcej północ. Biegłam przez miasto, w którym zawsze popełniałam błędy. Kiedy biegłam serce zaczęło mi łomotać, jak wtedy gdy zobaczyłam moją mamę nieżywą. Tyle, że to teraz ja chciałam umrzeć. Z daleka zobaczyłam swoich znajomych, którzy robili to co ja - pili, zażywali narkotyki i palili.
- Daisyy! - Krzyczał z daleka mój kolega z browarem w ręku.
Gdy się bardziej zbliżali, coraz niżej opuszczałam głowę, żeby nie widzieli w jakim jestem stanie. Przed nimi byłam inną osobą, taką osobą jaką być nie chciałam. Wszyscy oni byli rozpieszczonymi bachorami, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego bólu. Gdybym opowiedziała im swoją historię możliwe, że by się śmiali, albo obrócili się przeciwko mnie.
- Daisyy, no czeeść ! - Pociągnęła mnie za rękę jedna z ''koleżanek''. Wyplątałam gwałtownie rękę i wymusiłam nieszczery uśmiech. Jeden z chłopaków popatrzył na mnie, jakby chciał mnie zabić.
- Co jest ? - Zbliżył się podnosząc moją twarz ku górze.
- Sorry, nie dzisiaj. - Odwróciłam wzrok i z powrotem opuściłam twarz.
Jedna z dziewczyn spojrzała na drugą i zasugerowała, żeby dalej szli sami. Chyba wiedziała co się może stać. Chłopak wypuścił moją twarz, ale jednak wcisnął mi na siłę swoje piwo. Zachowałam je i poszłam z nim do domu, robiąc dobrą minę do złej gry. Szłam ciemnymi zaułkami, próbując obudzić w sobie tak zwaną adrenalinę. Usłyszałam za sobą krzyki dwóch wyraźnie pijanych facetów. Gdy tylko mnie zauważyli zaczęli iść w moim kierunku potykając się na każdym kroku. Wywołali u mnie lęk, który zawsze mi towarzyszył, jednak czasami był wyciszony, a czasami pobudzony. Wszystko dookoła widziałam przez łzy. Serce zaczęło mi łomotać. Otworzyłam buzie i wytrzeszczyłam oczy, nie wiedząc co mam zrobić dalej. Pokręciłam głową ocierając łzy. Zmrużyłam oczy. Przed sobą miałam obraz pięknego, limonkowego lasu. Delikatnie biegnąc w tej samej białej sukience, o tych samych bosych stopach. Odwróciłam głowę i ujrzałam z daleka mamę. Zatrzymałam się, padając przed nią na kolana. ,,Biegnij!'' krzyczała. Nagle wybudziłam się z transu, otworzyłam oczy. Już nie byłam w zielenistym lesie, lecz w ciemnym zaułku. Za mną nie było cudownej mamy, lecz dwóch napastników biegnących w moją stronę, pragnących mnie dopaść. Nabrałam głęboki oddech, z powrotem wytrzeszczyłam oczy i zaczęłam piszczeć, uciekać. Biegłam najszybciej jak tylko mogłam, gubiąc po drodze oddech. Dobiegłam do domu, zgubiłam najwyraźniej tych feralnych typów. Otworzyłam drzwi, rozglądając się po domu. Tata siedział przy papierach jak zawsze. A jego narzeczona ? Siedziała na telefonie spoglądając tylko kątem oka z odrazą na moją osobę. Nie zauważyli, że weszłam. Nie zauważyli, że mnie nie było, nie zauważyli, że jestem... Złapałam się za brzuch i buzię jednocześnie, czując, że zaraz zwymiotuję. Dlaczego spytacie ? Bo nienawidziłam siebie, za to, że nikt mnie nie kocha. Nie całuje nigdy w czoło przed zaśnięciem, po obudzeniu. Nie przynosi gorącej czekolady, nie rozmawia na temat chłopaków. Nie łapie mojej dłoni, nie ociera moich łez. Nie ucisza mnie, nie wywołuje u mnie głośnego krzyku. Nienawidziłam się za swoją przezroczystość. Pobiegłam do łazienki zamykając się w niej od środka. Klęknęłam nad toaletą czując odruch wymiotny. Zamknęłam oczy i usiadłam pod ścianą, próbując się uspokoić. Wzięłam duży łyk browara, żałując tej obrzydliwej sytuacji. Żałuję, że w dniu, gdy mama umarła, ja nie odeszłam razem z nią. Zaciągnęłam kolana pod brodę, zamykając oczy. Wzięłam głęboki oddech i wypuściłam go z powrotem. Podniosłam się z podłogi i podeszłam do lustra. Otarłam łzy i ostatni raz się w nim przejrzałam. Otworzyłam górną szufladę i wyciągnęłam z niej żyletkę. Zsunęłam się po ścianie. Wbiłam ją delikatnie pod skórę. Zacisnęłam zęby i zacisnęłam mocno powieki. Przypominało mi się wszystko to, czego tak bardzo nienawidziłam. Wszystko to co chciałabym odmienić. Nagle zobaczyłam przed sobą obraz mamy. Obraz mojego dzieciństwa. Wszystkich chwil, dla których warto żyć. Dla których warto wylewać łzy. Nie zauważyłam jak mocno się zraniłam, jak bardzo mnie to boli. Otworzyłam oczy, zaczęłam krzyczeć tak głośno, że aż tata mnie zauważył. Wiłam się z bólu po podłodze. Nagle do drzwi od łazienki zaczął dobijać się tata. Tak bardzo się cieszyłam, że mnie dostrzegł, tak bardzo chciałam wykrzyczeć mu, że go kocham. Tak bardzo chciałam mieć siłę podnieść się i otworzyć mu drzwi. Tak bardzo chciałam zostać, nie umierać. Dopadł mnie atak paniki, nie mogłam umrzeć. Serce podchodziło mi do gardła, byłam przerażona, a jednocześnie dumna. Tata wyłamał drzwi od łazienki i rzucił się w moim kierunku. Jedyne co pamiętam, to jego obecność przy mnie. Gdy tylko otworzyłam oczy byłam w szpitalu, jednak nadal był przy mnie ojciec. Podniosłam głowę i ponownie zaczęłam płakać, ale z radości. Cieszyłam się, że był przy mnie.
- Tatuś. - Przytuliłam go ze wszystkich sił, a on mnie tak samo. Na salę weszła lekarka.
- Mogę pana prosić na minutkę ? -
- Jasne. - Wypuścił moją dłoń.
Rozmawiali po drugiej stronie ściany, nie byłam wstanie dowiedzieć się czegoś więcej. Spojrzałam na swój nadgarstek, owinięty w bandaż, aż po łokieć. Do sali wrócił tata, znowu siadając obok mnie, łapiąc moją dłoń.
- I co Ci powiedziała lekarka ? -
- Możliwe, że jeszcze dzisiaj Cię wypuszczą. -
- To skąd taka mina ? -
- Prze.. Przepraszam. - Zakrył twarz dłońmi.
Patrzyłam się na niego ze smutkiem. Złapałam go za dłoń, a ten spojrzał w moje oczy. Otarł swoje łzy i podniósł się z krzesła. Obserwowałam jego ruchy, patrząc co chce zrobić.
- Przyniosę Ci coś ciepłego do jedzenia. Zaraz jestem z powrotem. -
Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc jak drzwi powoli się zamykają. Na szafce obok łóżka stało zdjęcie moje i taty. Wzięłam je w dłoń przyglądając się mu coraz głębiej i głębiej. Skrzywiłam się, a po moim ciele przeszły zimne dreszcze. Dotknęłam delikatnie zdjęcia w ramce, a na sali pojawił się już tata.
- Mam, twoje ulubione. - Podał mi cole z hamburgerem.
- To nie jest moje ulubione jedzenie, nawet nie jem mięsa. - skrzywiłam się.
- Nie jesz mięsa ? Przepraszam, nic lepszego na tej stołówce nie mają. - Zawstydził się.
- Jest ok. - Wymusiłam uśmiech.
Tata ciągle był obok mnie.. Nie opuszczał mnie ani na chwilę. Był jak jadłam, jak spałam, jak się śmiałam i jak milczałam. Nie opuścił mnie. Już tego samego wieczoru pozwolono mi iść do domu. Gdy przekroczyłam próg domu ponownie przeszły mnie dreszcze, lecz tym razem całkiem przyjemne.
- A gdzie ? ... Gdzie Twoja narzeczona ? - Wydusiłam z siebie ze spuszczoną głową.
- Już nie będzie w naszej rodzinie, nigdy. - Przytulił mnie.
✸
I taka to moja historia. Historia Daisy White. Historia, która wywróciła moje życie do góry nogami, a później z powrotem ustawiła je do pionu. Znajomi, którzy pomogli mi się stoczyć omijają mnie jak powietrze, a ja ich tak samo. Poznałam przyjaciela, którego historia przypomina moją. Najpierw jest boleśnie, a później los nas zaskakuje. Nazywa się William. Jeśli chodzi o tatę, nigdy nie byliśmy ze sobą tak blisko jak jesteśmy teraz. Można powiedzieć, że jest dla mnie równie ważny jak była dla mnie mama. Nie spodziewałabym się takiej odmiany losu. Owszem rany zostaną ze mną, ale reszta mnie opuściła, albo raczej to ja ją opuściłam...
~~ Czasami to my decydujemy o swoim losie...
Jednak czasem, to los decyduje o nas... ~~

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz